Posts Tagged ‘ Blog

404 New Posts Not Found

Przykro mi, że w ostatnim czasie nie popisuję się aktywnością jeśli chodzi o pisanie nowych treści na bloga. Dzisiaj też się nie popiszę specjalnie. Mam mnóstwo rzeczy na głowie, a wierzcie mi, nie są to rzeczy proste ani niepotrzebne. W swoich priorytetach stawiam tego blogaska dość wysoko, ale nie ponad zaliczeniem semestru na studiach. W związku z tym, że od października bimbałem ile tylko się dało, teraz pokutuję – nie mam nawet czasu dobrze zastanowić się nad typami bukmacherskimi. Musicie mi więc wybaczyć, moi Wierni Czytacze, być może już jutro wygospodaruję parę chwil. Zebrałem mnóstwo informacji do Niecodziennika, parę fajnych filmików i fotek, które pewnie już jutro okażą się przeterminowane (ach ten Internet), wszystko chciałbym okrasić ładnym tekstem, jak to mam w zwyczaju, ale to wymaga chwil paru. Toteż dzisiaj skromnie, jeden super kwasowy filmik z YouTube’a. Do usłyszenia!

PS A propos kwasów, przypominam, że już w piątek druga część Słodko-kwaśnych dowcipów. Wiem, że nie możecie się doczekać najsłabszych i najkwaśniejszych żartów, jakie można sobie wyobrazić, więc powoli zaczynam wybierać jakieś perełki, coby druga edycja gorszą od pierwszej się nie okazała.

Nudny wpis

Uwaga, oto przed wami mega nudny wpis. Dlaczego znowu, zapytacie? Ano dlatego, że nic się na świecie nie dzieje, co by było warte komentowania. Nic. Totalnie nic. Null, zero interesujących rzeczy.

Ultratrudny tydzień został rozpoczęty małym failem na kolokwium z matmy oraz grubym missem na zakładach bukmacherskich (szczegóły w boxie obok). Na bloga dodałem archiwum typów, gdzie będę wrzucał poprzednie kupony i na razie nie zanosi się na to, abym był w stanie wykonać więcej pracy w tym zakresie. Praca cokolwiek artystyczna również leży, nie mam czasu nawet na przeczytanie książki, więc i nie mam co recenzować, a jakieś opowiadanie czy coś dłuższego wymaga więcej wolnego czasu. World of Warcraft musi poczekać na lepsze czasy, przykro mi, wiem, że level sam się nie wbije. Tym razem będzie musiał. Nawet nie mam co tutaj napisać, chciałbym was uraczyć czymś ciekawym z życia Internetu albo inną bzdurą, ale – i to mnie dopiero dziwi – dawno nic nowego nie widziałem. Jedyny ciekawy materiał, jak mogę tutaj zamieścić, to poznański kulig studencki. W sumie fajna inicjatywa, aczkolwiek wątpię, żeby w mojej ukochanej Łodzi ktokolwiek taką zabawę przeżył.

Więc może jakaś ciekawa nuta na pożegnanie? Cóż, przejrzę playlistę… Dobra, niech będzie Ace of Base – Wheel of Fortune. Wyszukane to to nie jest, nie dorasta do pięt Stachursky’emu i jego Dosko, ale chociaż jakoś tutaj pusto i smutno nie będzie. Wieczorem może zapoczątkuję kolejną, kultową serię, która dorówna zajebistością “Muzycznym bonusom” i “Kwasowym dowcipom”. Tytuł na razie zachowam dla siebie. Si ju lejter!

PS Ha, żartowałem. Nie ma żadnego PS.

Niedziela – dzień wolny?

Nareszcie ta upragniona niedziela. Jakież to wspaniałe uczucie, kiedy po całym tygodniu pracy przychodzi weekend, a wtedy pora na zabawę, trzeba trochę potańczyć, jeszcze dorzucić do tego sprzątanie, jakieś zajęcia dodatkowe, wyjścia tu i tam, nigdy na nic nie ma czasu… A potem przychodzi niedziela – oaza spokoju i relaksu. Wreszcie można pospać do południa i posiedzieć przed telewizorem w wyciągniętym dresie.

Na pewno?

Niestety nie tym razem. W weekend nie było żadnej imprezy, w niedzielę nie ma odpoczynku – prosta zależność. Praca, nauka, korepetycje z matmy i jeszcze jakiegoś pierdolonego bloga muszę prowadzić! Kurwa!!!

Dobra, to może nuta na uspokojenie nerwów. Dla tych, co mają dziś czas i ochotę na relaks – mój ulubiony remix ze wszystkich remixów Depeche Mode‘ów, który zresztą znalazł się na płycie Remixes 81-04. Nagrał go niejaki Timo Maas, nie wiem kto to jest i nie wiem jaką muzykę tworzy, ale ten kawałek jest świetny, zwłaszcza na dobrych słuchawkach z dobrym tłumieniem i basem. Enjoy the Silence!

“Jest piątek, tygodnia koniec i początek…

… na tarczy kilka minut po dziewiątej” – konkretnie po jedenastej, ale to nieważne. Można powiedzieć, że słowa Liroya w tym kawałku, który był chyba bardzo popularny kiedy miałem zaszczyt uczęszczać do podstawówki, są uniwersalne. W uniwersalizmie chodzi o to, aby dany przekaz był aktualny nie tylko wtedy, kiedy został stworzony, ale i później. A ja mam wrażenie, że ta piosenka, tytuł: “Impreza”, towarzyszy niektórym z nas w każdy piątek już od kilku ładnych lat.

W każdym razie zaczynamy piątek, najszczęśliwszy dzień tygodnia – przynajmniej dla uczniów i studentów – ponieważ ostatni i pierwszy zarazem. To właśnie dzisiaj widać największy kontrast między dniem pracy a dniem wolnym, to na ten moment, kiedy zadzwoni ostatni dzwonek, kiedy zmęczeni wrócimy do domu i rzucimy plecak w kąt, aby nie zaglądać do niego aż do poniedziałku – na ten moment oczekujemy całe, długie pięć dni.

Z moich zaawansowanych planów taktycznych i strategicznych wynika, że to ostatni piątek przed sesją, w który wypada nam, studentom, się trochę rozerwać. Tak przynajmniej jest w moim przypadku, skoro na ostatnie dwa tygodnie semestru przypada mi 8 kolokwiów, a to dopiero preludium do sesji. Właściwie to i dzisiaj powinienem się uczyć, ale w perspektywie trzech-czterech tygodni spędzonych nad książkami nie daruję sobie, czego i wam z całego serca życzę. Na dzisiaj wybitnie chałowy i kiczowaty kawałek, który – ja wam to mówię! – stanie się hitem tegorocznego lata: Stachursky – Dosko.

Na zakończenie chciałem oficjalnie odpowiedzieć na komentarz qosa, który jako jeden z nielicznych (albo i jedyny z nielicznych) ośmielił się skomentować mój poprzedni wpis. Otóż drogi qosie, skoro jesteś jednym z tych, którzy trafili na mojego bloga poprzez wyszukiwanie w google haseł związanych z “youtube porno” i “tsunami cycków” – wygrałeś. Tacy jak ty są najpotężniejszą grupą spośród odwiedzających tego bloga, więc nie mogę nie posłuchać twojego i waszego głosu. Ulegam presji społecznej i publikuję pod spodem film z ładną panią w roli głównej.

Recenzja “Homo bimbrownikus” wrzucona

Tytuł taki, a nie inny, ale zacznę z zupełnie innej beczki. Korzystając z bardzo przydatnego plugina, służącego do wyświetlania statystyk bloga (dla zainteresowanych – StatPress) zauważyłem, że większość osób, które dostają się na tę stronę poprzez google, wyszukują tam haseł typu “youtube porno”. Muszę was niestety, moi kochani, zmartwić – nie znajdziecie tutaj tego typu treści, przykro mi!

Na pocieszenie mam tekst, nad którym przed chwilką skończyłem pracować, więc uwaga, bo jeszcze gorący. Przeczytawszy najnowszy zbiór opowiadań Andrzeja Pilipiuka pt. “Homo bimbrownikus” postanowiłem go zrecenzować. Jaka jest moja opinia na temat bohatera, którym wszyscy się zachwycają? Niestety niepochlebna. Po więcej smakowitości zapraszam do odpowiedniej zakładki na górze lub pod link pod spodem.

» “Homo bimbrownikus”, czyli dobry pomysł na kiepską książkę

Schodząc ze sceny i kończąc tę marną sztukę dodam jeszcze, że zabieram się za najnowszego Pratchetta – “Świat Finansjery” – więc jeśli dzisiejsza recenzja wzbudzi choćby minimalne zainteresowanie, to na drugi ogień pójdzie właśnie ta książka.

Fińskie disco na czwartek

Czwartek już prawie w połowie minął, ale wciąż nie jest za późno, aby poćwiczyć kroki taneczne przed weekendowym gibaniem! Dzisiejsza propozycja prosto z mego serca to utwór fińskiej kapeli disco, otagowana na last.fm takimi hasłami, jak między innymi “andrzejcore”, “w pyte”, “zajebioza” czy “kto nie zna ten gej”. Kapela o niezwykle wdzięcznej nazwie – Tanssiorkesteri Lossimies (niech ktoś to spróbuje przeczytać) w porywającym kawałku, zatytułowanym Sata Kesää Tuhat Yötä

Wszystkim fanom polskiej, wybitnej kinematografii nuta ta winna być znana z epokowej produkcji Zespołu Filmowego Skurcz (znanego również jako GIT Produkcja – to ci od “Pieska Leszka”, “Generała Italii”, “Kolesia GIT” i innych durnot) pod tytułem “Sarnie Żniwo, czyli pokusa statuetkowego szlaku”, kontynuacji kultowych “Wściekłych Pięści Węża”. Niczego nieświadomym laikom proponuję zapoznać się z tym filmem, abyście przekonali się o ile wasze życie było dotychczas uboższe. Poniżej zamieszczam trailer.

Dobre wejście w środę

Przed nami chyba najtrudniejszy dzień tygodnia, podobnie jak każdy inny roboczy. Chciałem dzisiaj wstać i z dumą napisać na blogu ile to się nie uczyłem do kolokwium, jaki to zmęczony nie jestem i jak mało spałem. Niestety, nie mogę tego napisać z satysfakcją, ponieważ o ile zmęczony jestem i wyspać się nie wyspałem, to i nauka powędrowała w las. Więc może pominę ten wątek.

W takie dni jak ten potrzebne jest dobre wejście, jakiś impuls do działania, bodziec, który da nam do zrozumienia, że to właśnie dziś jest nasz czas, że ze wszystkim sobie poradzimy, że będzie tak, jak to zaplanowaliśmy, a jeśli nie planowaliśmy, to i tak będzie dobrze. Coś, co doda pewności siebie, postawi na nogi, pomoże stawić czoła problemom, na których spotkanie nie jesteśmy jeszcze gotowi, a jest ono, niestety, nieuniknione. Coś, co doda sił.

Tylko co to, kurwa, jest?!

Mam nadzieję, że ciekawa poranna nuta zapewni nam wszystkim przypływ energii życiowej i pomoże wyjść na przeciw życiu i skopać mu tyłek. Obiecałem sobie zmienić dzisiaj trochę gatunek muzyczny i w końcu zaczerpnąć do klasyki rocka. Cóż może być bowiem lepszego na ponury poranek od porządnego solo na gitarze! Przedstawiam jedno z moich ulubionych: Deep Purple – Highway Star.

Jeszcze kilka słów nie związanych z tematem. Dzisiaj dodam coś wartego choćby rzutu okiem, raczej do końca tygodnia mam wolne. Dopiero potem zacznie się prawdziwa rzeźnia, ale nie ma się czym przejmować, póki co. Wczoraj udało mi się zaimplementować moduł typu “Share”, który znajduje się pod każdym postem. Jego zadaniem jest ułatwienie dzielenia się tymi niesamowitymi treściami, jakie wam tutaj przekazuję, za pomocą prostego kliknięcia i różnych portali społecznościowych. A nuż ktoś z tego skorzysta, ale najpierw bym chyba musiał coś ciekawego napisać.

Zapowiedzi

Pora na małą garstkę zapowiedzi. Nadal w ramach noworocznych postanowień, oficjalnie oznajmiam, iż coś postanowiłem. W najbliższym czasie zamierzam wziąć się za kilka projektów, na które do tej pory nie starczało mi czasu (nie to, żeby czasu mi przybyło – po prostu postanowiłem się zorganizować), o których również będzie można tu poczytać w najbliższym czasie.

Pierwszy krok to powrót do bettingu, czyli obstawiania wyników meczów, głównie piłkarskich. To takie moje małe hobby, czasem nazywałem to nawet źródłem zarobków, ale to tylko wtedy, kiedy szło mi naprawdę dobrze. Dość długo ciągnąłem tą zabawę z prostego powodu – podobała mi się, nawet mimo strat (chociaż – wiem, wiem, każdy tak mówi – ale ja naprawdę w ogólnym rozrachunku jestem na zero!). Emocje, które przynosi wieczór, kiedy usiądzie się do komputera i drżącą ręką wpisze adres jakiejś strony, gdzie można sprawdzić wyniki ostatnich spotkań, są warte tych kilku złotych!

Udało mi się więc trochę zaoszczędzić, teraz tylko czekam na moment, w którym pieniążki znajdą się na internetowym koncie na expekcie. Zamierzam większość typów umieszczać tutaj, a nuż mi się pofarci i będę mógł się publicznie pochwalić jaki to ja znawca piłki nie jestem.

Dalsza sprawa to powrót do magiców – gry karcianej w realiach fantasy, Magic: the Gathering. Wiele osób pamięta ją jeszcze z dzieciństwa, kiedy rywalizowała z Pokemonami o prym wśród czołowych zabaw podwórkowych. Swego czasu trochę grałem, nawet turniejowo, być może znowu uda mi się złożyć jakąś talię i pobawić się kartonikami. Niestety, tanie to nie jest – trzeba wygospodarować jakieś 200-300zł, nawet nie po to, żeby rywalizować na dobrym poziomie z innymi, ale chociażby po to, aby nie wstydzić się swojego decka na stole. Toteż o tym pomyślimy później.

Co do bliższych i nieco bardziej realnych planów, od kilku miesięcy odkładam swoją aplikację na Gry-OnLine.pl, chyba największy w kraju portal o grach komputerowych. Już na początku wakacji przymierzałem się do powrotu do pisania, a namowy kolegi, który tam właśnie pracuje, szczypta znajomości i cały worek wolnego czasu miały mnie do tego zmotywować. No, niestety, wyszło jak zwykle – do dzisiaj temat nie został ruszony. Trudno, postanowienie noworoczne powzięte – trzeba coś w tym temacie ruszyć. Zwłaszcza, że to i praca dobra, i w pewnym zakresie realizacja moich pasji, a ja nadal nie potrafię się do tego zmusić.

A skoro już przy pisaniu jako-takim jesteśmy – udało mi się wrzucić pierwszy tekst na bloga, felieton, który jeszcze w październiku został opublikowany na łamach esports.pl, mojej ówczesnej (i, nie wykluczam, być może wciąż obecnej) piaskownicy, pt. “Parę łyżek dziegciu dla WCG Polska”. Można go znaleźć w zakładce “Teksty” na górze bądź pod tym linkiem. Postaram się podlinkować bądź wrzucić bezpośrednio na stronę wszystkie moje artykuły, które zostały tam opublikowane, jednak nie będzie to proste – po zmianie kodu źródłowego strony przeszło dwa lata temu, do dziś nie działa tamtejsza wyszukiwarka, przez co odnalezienie konkretnego tekstu, zwłaszcza tego, napisanego na wcześniejszej wersji portalu, jest raczej skomplikowane. Właściwie to obawiam się, że część mojej dawnej twórczości została utracona na zawsze. Nie to, żeby była warta lektury, ale ja sam chciałbym się dowiedzieć, już nie mówię o starości, ale choćby i dziś, jak i o czym pisałem mając te 13 lat, kiedy stawiałem pierwsze kroki na płaszczyźnie redaktorskiej. I właśnie po to, żeby również kolejne moje arcydzieła literackie nie uległy zatraceniu, postaram się je tutaj umieszczać, dopóki ich odnalezienie w zatłoczonym Internecie jest jeszcze możliwe.

Na koniec ostatnia (a jakże, czy to nie logiczne?) i najstraszniejsza zapowiedź: zapowiedź nauki. Obliczenia zostały dokonane. Do końca tego tygodnia nie mam żadnych zaliczeń, za niecałe trzy natomiast zaczynam sesję. W związku z tym w dziesięciu dniach roboczych zostanie zmieszczone CO NAJMNIEJ osiem kolkwiów, w tym dwie poprawy, które na mnie czekają. Piszę “co najmniej”, ponieważ skoro już dwie poprawki przede mną, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby było ich więcej. Do tego dochodzi sesja, w trakcie której wprawdzie (o ile mnie rachunki nie zawiodły) tylko dwa egzaminy ostrzą sobie na mnie zęby, ale za to dwa tak przeraźliwie ogromne, że sama myśl o nich jest gorsza od matury. Wobec tego – pora wziąć się za siebie!

A może od jutra?

Przy okazji napomknę tylko, że levelowanie mojej postaci na prywatnym serwerze WoW-a przebiega w zaplanowanym tempie. Turbodupka, gnomica warrior, jest już na 18 lvlu i już poleruje miecz, coby mógł świeżą krwią hordziaków w odpowiednim stylu się pokryć!

Być może kiedyś mnie podkusi i podlinkuję gdzieś w małym boxie w sidebarze po prawej linka do armory…

To tyle w dzisiejszej rubryce pt. “O wszystkim i o niczym, z przewagą niczego”.

blog.soofka.pl take 89

Kolejne moje podejście do prowadzenia bloga. Dlaczego? Takie głupie postanowienie noworoczne. Po prostu uznałem się za niezwykle interesującą osobę, która robi tyle rzeczy na raz, że wypadałoby je wszystkie zebrać gdzieś do kupy, cobym kiedyś mógł z żalem powspominać. Potrzebuję miejsca, poprzez które będę mógł dzielić się z ludźmi tym, co moim zdaniem jest warte podzielenia się, a zarazem mam taką małą, niespełnioną ambicję, która każe mi robić coś, czym mogę zainteresować, zarazić kilka choćby osób. Obie te zachciewajki pozwala mi zrealizować blog – jeśli uda mi się stworzyć coś, co regularnie będzie czytać parę osób w poszukiwaniu czegoś, co podobnie jak ja uważają za ciekawe, to będę usatysfakcjonowany. Innymi słowy – oto właśnie jest CEL.

Krok pierwszy wykonany: bloga udało mi się jako-tako ogarnąć, oczywiście wypełnianie go zawartością i ogarnianie wszystkich bugów potrwa jeszcze trochę czasu, ale uzbrojony w klawiaturę i parę napojów energetyzujących być może do końca przyszłego tygodnia się z tym uporam.

O ile oczywiście nie zabraknie mi motywacji. Z tym jest u mnie najgorzej – co i rusz zabieram się za jakiś projekt, wcale nie taki nudny ze mnie gość, ale każdy bez wyjątku porzucam ze względu na brak chęci do jego kontynuacji. A być może z jednego czy dwóch mógłbym dziś zbierać plon. Jednak chyba właśnie w tym celu ustanowiono instytucję postanowień noworocznych – aby pomóc nam realizować plany, do których realizacji nigdy nam nie starczało zapału. Mam przynajmniej taką nadzieję. Właściwie to chciałbym, żeby tak było.

Anyway – tyle tytułem wstępu. Pozdro!