WiT #2: Trudne początki

Zawsze słyszy się o trudnych początkach życia na emigracji, o tym, że wystarczy kilka dni, a marzenia pryskają, wizja rzeczywistości okazuje się zbyt przytłaczająca i zmęczony fizycznie i psychicznie człowiek, gdy już zupełnie skończą mu się fundusze, wraca do kraju na tarczy. Oczywiście miałem to wszystko za bzdury. Nadal mam, bo prawdziwym idiotyzmem byłoby rezygnować z takiej szansy i po prostu wrócić. Ale bywa tak, o czym sam się przekonałem, że początki są naprawdę uciążliwe. Zwłaszcza, gdy jedzie się do obcego kraju, w którym nie zna się języka, nie zna się nikogo i tak naprawdę niczego nie ma – ani pieniędzy, ani konkretnych planów. Tylko stertę walizek.

Swoje życie w Eindhoven rozpocząłem od rozejrzenia się za motelem. Sprawdziliśmy kilka adresów, które znalazłem jeszcze przed wyjazdem. Już drugi strzał okazał się trafny (piszę tak, jakbym miał więcej strzałów, a niestety tylko dwa motele w rozsądnych cenach udało mi się wcześniej przygotować). Miły pan po czterdziestce, płynnie mówiący po angielsku (czy jest tutaj ktoś, kto nie zna tego języka?), ugościł mnie za nieco ponad 25 euro za noc iście po królewsku – internet, własna toaleta, wygodny prysznic, łóżko, nawet telewizor w pokoju. Większość walizek oddałem koledze, z którym jechałem autem, licząc na to, że następnego dnia je odbiorę. Ponieważ nie miałem jak zapłacić mu za podróż, wziął je jako zastaw. Ja, zostawszy z laptopem i dwoma parami czystych majtek w ręku, skierowałem się w stronę mojego nowego, tymczasowego domu.

Widok z okna miałem przeuroczy – całą noc mogłem podziwiać spokojną, czystą okolicę, osiedle szeregowych domków z czerwonej cegły (szybko się przekonałem, że podobne, do każdego innego – chyba wszystkie osiedla tutaj tak wyglądają, przyjąłem to jako ich formę naszych blokowisk) oraz szczyty dwóch biurowców – De Regent i De Admirant. Wprawdzie te nazwy nadal nic mi nie mówią, a wiem o nich tylko dlatego, że w przewodniku, który znalazłem w swoim motelowym pokoju były zaznaczone na panoramie miasta, to wciąż wydają mi się piękne i fascynujące i mogłem je podziwiać całą nocą.

I podziwiałem. Całą noc siedziałem przed komputerem, wysyłając setki maili w poszukiwaniu mieszkania, zarówno osobiście, jak i za pośrednictwem listy mailingowej dla studentów zagranicznych w Eindhoven, uczelni, agencji nieruchomości i portalu internetowego (za konto na którym, skądinąd używane, kupione “po znajomości”, musiałem zapłacić całe 18 euro!) i patrzyłem przez okno, na – wówczas jeszcze – zachwycającą panoramę miasta.

Cała noc poszukiwań nie zdała się jednak na nic, a ponieważ doba motelowa trwała do jedenastej, już o piętnastej, po czterech godzinach nerwowego ukrywania się za zamkniętymi drzwiami, zostałem wyekspediowany. Chcąc nie chcąc, nie mając gdzie się podziać, musiałem zapłacić za kolejną. Stało się, kolejne sto złotych w plecy – jeśli już zapłaciłem, to mogę chociaż dobrze wypocząć. Zmotywowany zapachem zbliżającego się sukcesu, czekając na odpowiedzi mailowe z kilkunastu różnych źródeł, spokojnie zasnąłem.

Obudziłem się o ósmej rano. Cóż, widocznie podróż dała się we znaki, cała noc googlowania i sporo stresu z tym związanego, plus moja wrodzona przypadłość, niezdiagnozowana jeszcze choroba psychiczna, która objawia się absolutnym, ale to absolutnym ignorowaniem dźwięku budzika i wręcz machinalnym wyłączaniem go, wszystko to sprawiło, że przespałem jakieś pół doby. A i tak miałem sporo szczęścia, bo obudziła mnie burza z piorunami, która szalała rano nad miastem.

Pierwszą reakcją była oczywiście panika. Szybki zryw do komputera, sprawdzenie poczty, sprawdzenie portalu ogłoszeniowego, sprawdzenie telefonu – nic, zupełnie nic. Oczywiście ludzie odpowiadali, ale zazwyczaj w uprzejmym tonie dziękowali za zainteresowanie i z przykrością informowali, że oferta nie jest już aktualna, albo nie jest jeszcze aktualna, albo nigdy nie była aktualna, albo musiałbym zapłacić sto milionorów euro czynszu, albo cokolwiek innego, co czyniło ją zupełnie nieosiągalną dla mnie. Część z nich proponowała inne źródła poszukiwań lub podsyłała bezpośrednie dane ludzi, którzy wynajmują, wynajmowali albo mogą wynajmować mieszkania. Wszystko to splatało się w jakąś gigantyczną siatkę anonimowych kontaktów, adresów mailowych i stron internetowych, w której środku byłem ja. Każda ścieżka wymagała dokładnego sprawdzenia, wszak na końcu każdej z nich mogło kryć się rozwiązanie. Każda jednak okazywała się być albo ślepa, albo tak kręta, że nijak nie dało się nią podążyć. Suma summarum byłem w kropce, błądziłem po omacku, chodziłem w kółko bez żadnego konkretnego punktu zaczepienia.

Prawdą jest, że trafiłem na wyjątkowo kiepski okres na szukanie pokoju. W Eindhoven, mieście, którego populacja w czasie wakacji zmniejsza się o jakieś kilkadziesiąt tysięcy osób, wielkimi krokami zbliżało się rozpoczęcie roku akademickiego na dwóch największych uczelniach. Całe tłumy ludzi przyjeżdżały na miejsce i szukały swojego kąta. Znalezienie mieszkania w tym okresie najzwyczajniej w świecie graniczy z cudem, zwłaszcza, gdy szuka się dopiero kilka dni, a grunt pali się pod nogami.

I kiedy przeżywałem głęboką refleksję nad tym zjawiskiem, rozległo się pukanie do moich drzwi. Przemiły pan po piętnastu minutach opuścił mój pokój z grubszym portfelem, a ja ze zwieszoną głową powędrowałem pod prysznic. Pieniądze się kończą, opcje się kończą, brak perspektyw.

Co zrobić w takiej sytuacji? Ponoć z problemem najlepiej się przespać, ale ponieważ spałem już dość długo, postanowiłem coś zjeść. Może uda mi się ten problem przegryźć, myślałem.

Oczywiście nic nie mogło pójść po mojej myśli. Choć ulicę, na której mieszkam od marketu dzieli 250 metrów i trzy zakręty, musiałem zgubić się w drodze powrotnej. Te cholerne szeregowce z czerwonej cegły wyglądają wszędzie tak samo! Dodatkowym utrudnieniem były nazwy ulic, które w języku holenderskim brzmią jak połączenie rozkazów niemieckich nazistów z zaklęciami z “Harry’ego Pottera”. Nijak nie potrafiłem zapamiętać nazwy ulicy, na której mieszkałem.

Szczyt załamania osiągnąłem, kiedy towarzysząca mi lekka mżawka przerodziła się w prawdziwą ulewę. Naprawdę ciężko jest się zebrać do kupy, stojąc gdzieś na jednej z ulic obcego miasta w obcym kraju w japonkach na stopach, dokładnie pod wielką, czarną chmurą pełną deszczu, w ręku kurczowo ściskając paczkę bułeczek sezamowych, bo tylko na takie śniadanie było mnie stać, przy okazji będąc niemalże bankrutem, w dodatku bezdomnym.

  • email
  • RSS
  • Add to favorites
  • Google Bookmarks
  • Facebook
  • MySpace
  • Wykop
  • Twitter
  • BLIP - Bardzo Lubię Informować Przyjaciół

Posted: August 24th, 2011
at 5:58pm by soofka

Tagged with , , ,


Categories: Wiatraki i tulipany

Comments: 4 comments



 

4 Responses to 'WiT #2: Trudne początki'

Subscribe to comments with RSS or TrackBack to 'WiT #2: Trudne początki'.

  1. Drogi Kubo, w najwyższym napięciu przeczytałam twoje holenderskie przygody. Krew mą zmroziła pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji historia poszukiwania przez ciebie lokum. Gdyby twoja opowieść była wymyślona uznałabym ją za niezłą literaturę, ale w zwiąku z tym, że to dokumentalny zapis zdarzeń

    Ewa

    24 Aug 11, 20:24

     

  2. sorry… coś wcisnęłam. Kontynuuję: nie mogę się powstrzymać od przeżywania tego co opisujesz. Nie dodam Ci otuchy bo wygląda na to, że im twe przeżycia są trudniejsze twój blog jest bardziej interesujący, życze ci zatem samych kłopotów.

    Ewa

    24 Aug 11, 20:28

     

  3. Pani Ewo, jako najwierniejsza, a przy okazji jedyna fanka mojego literackiego talentu, zmotywowała mnie Pani do spisania kolejnej części moich nędznych przygód, dziękuję! :-)

    soofka

    24 Aug 11, 22:44

     

  4. Kubo, nie jest możliwe, żebym była jedyną fanką twego talentu, a to dlatego, że znany ci bliżej może, niejaki F. z konopi, osobiście i z zapałem, modulując barwę głosu, odczytał mi jeden z wpisów, zachęcając mnie tym samym do pilnej i wnikliwej lektury tego, co w kraju dalekim przeżywasz. Wierzę, że dasz sobie radę ze wszystkimi
    (c)hole(nd)ernymi sprawami i kłopotami, ale też mam nadzieję, że będzie to równie zabawne i wstrzasające, jak do tej pory.

    Ewa

    25 Aug 11, 16:45

     


 

Leave a Reply

Spam protection by WP Captcha-Free