Archive for the ‘Blog’ Category

WiT #4: Ludzie są pomocni

A po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój, śpiewał swego czasu Krzysztof Cugowski w duecie z jakąś wokalistką (ktoś wie kim była ta pani o cudownym głosie?). Czasem bywa jednak i tak, że dzień przynosi ze sobą deszczowe chmury, a po burzy nadchodzi kolejna. Innymi słowy – po cudownym uśmiechu losu łatwo popaść w hurraoptymizm, często zupełnie niesłusznie, bo choć los okazał się naprawdę łaskawy, nie oznacza to, że taki już pozostanie.

Ja jednak nie tyle uwierzyłem w to, że w magiczny sposób nagle zacznie mi się wszystko układać, co po prostu wróciłem do bujania w obłokach i polegania na szczęściu, które towarzyszy mi na każdym kroku (szczerze wierzę, że mi towarzyszy tylko dlatego, że wierzę, że mi towarzyszy (We need to go deeper)). Wziąłem prysznic i ponownie w lustrze ujrzałem siebie. I zupełnie nie rozumiałem dlaczego choć na chwilę zwątpiłem w to, że wszystko się ułoży. Bo przecież zawsze się układa, czyż nie?

Pełen dobrych myśli wyruszyłem na podbój Eindhoven. Droga na uczelnię wiodła przez centrum miasta, więc miałem okazję odkryć cudowne miejsca – zatłoczone ulice sklepowe, alejki pełne kawiarni, ogromną galerię handlową. Wszystko mijałem tylko rzucając okiem, pewien, że jeszcze nieraz będę się przechadzał po najbardziej reprezentatywnej części miasta. Spieszyłem się, przyświecał mi jeden cel – wreszcie zakończyć gehennę, jaką było szukanie mieszkania.

Pierwszy raz na uczelni był przeżyciem naraz traumatycznym i fascynującym. Po przeprowadzce z liceum na studia wyższe nie mogłem wyjść z podziwu dla Politechniki Łódzkiej, gigantycznego kampusu i nowoczesnego obiektu IFE, w którym przyszło mi studiować. W Eindhoven przeżyłem to samo po raz drugi, ze zdwojoną siłą. Gigantyczny kompleks wspaniałych, wysokich, modernistycznych budowli wywarł na mnie ogromne wrażenie. Przeżycie było traumatyczne, ale i fascynujące, gdyż nagle uświadomiłem sobie, że to, czym zachwycam się dziś, jutro może okazać się zupełnie mizerne wobec tego, czego jeszcze nie odkryłem.

Podczas kluczenia po korytarzach z trudem odnalezionego, oznaczonego odpowiednim numerem budynku pytałem sam siebie: ilu studentów może się tutaj zmieścić? Ilu studentów chodzi tutaj każdego dnia roku akademickiego? Jak wygląda to miejsce, kiedy jest pełne ludzi i tętni życiem?

Po kilku wskazówkach od napotkanych gdzieniegdzie sprzątaczy, konserwatorów, ochroniarzy czy kimkolwiek tamtejsi pracownicy byli, trafiłem do odpowiedniego biura. Tam miła pani przyjęła mnie z uśmiechem, dała papiery do wypełnienia i wytłumaczyła całą procedurę. Po piętnastu minutach rozmowy i kolejnych piętnastu minutach marszu byłem w innym biurze, w innej części kompleksu. Tam równie miły pan wykonał kilka telefonów i tajemniczym tonem oznajmił mi, że “za chwilę będą”.

Nie kazali długo na siebie czekać. Drobna blondynka i towarzyszący jej facet z żelem we włosach przedstawili się jako Sofie i Dan, pracujący dla organizacji studenckiej, zajmującej się kwaterunkiem. Po wymianie uprzejmości zaprowadzili mnie do auta i ruszyliśmy w drogę w nieznane. Nie wiedziałem gdzie mnie wiozą, ale byłem zadowolony – podczas gdy oni, siedząc na przednich siedzeniach, rozmawiali wesoło po holendersku, ja oddawałem się obserwacji miasta. Wreszcie po raz pierwszy miałem okazję ujrzeć wspaniały stadion Phillipsa, siedzibę PSV Eindhoven.

W końcu zatrzymaliśmy się na kolejnym osiedlu szeregowców z czerwonej cegły. Moją uwagę przykuła kawiarnia Warszawa, znajdująca się po drugiej stronie ulicy. Nim jednak zdążyłem wyrazić na ten temat jakąś uwagę, Sofie zaczęła prowadzić mnie w stronę jednego z domków, a Dan odjechał gdzieś w pośpiechu.

Weszliśmy do środka, Sofie otworzyła któreś z drzwi w środku i wpuściła mnie do pustego pokoju. Wewnątrz stało łóżko, na którym leżała zapakowana w fabryczną folię pościel. Obok była szafa, biurko, wielkie okno z widokiem na ogród – wszystko, czego potrzebowałem.

- Czynsz wynosi 375 euro miesięcznie – poinformowała mnie, po czym spojrzała na mnie w uprzejmy sposób, oczekując odpowiedzi.
- I co? To wszystko? – Zapytałem zdziwiony.
- Jasne – roześmiała się. – Płacisz, podpisujesz umowę i daję ci klucze!

Poczułem się jak w El Dorado. Ja wiem, że to nie jest żadne miasto ze złota, a tylko zwykły, umeblowany pokój. Ale po kilku dniach bezowocnych poszukiwań moment, kiedy będę mógł gdzieś rozpakować swoje rzeczy i postawić zdjęcie ukochanej na biurku, wydawał mi się tak oddalony, jakby nigdy nie miał nadejść. A potem nadszedł zupełnie nagle. Stałem jak wryty i nie wiedziałem co powiedzieć.

- Nie mogę tutaj mieszkać – wydukałem w końcu.

Nim zaskoczona Sofie zdążyła zapytać, sam zacząłem wyjaśniać powody odrzucenia wymarzonej oferty. Oczywiście chodziło o finanse – stypendium, jakie otrzymuję, to 300 euro miesięcznie. Choćbym nie wiem jak głęboko grzebał w kieszeniach, nie znajdę w nich dodatkowych 75 na samo mieszkanie, nie mówiąc o kosztach życia, jedzeniu, transporcie…

Po krótkiej rozmowie i kilku telefonach Sofie już opuszczaliśmy mieszkanie, a ja czułem, że z każdym krokiem mój cel znów się oddala, choć był już tak blisko. Wprawdzie obiecała mi spotkanie za dwa dni w sprawie innego pokoju, który miał być nieco tańszy, ale nie potrafiła mi powiedzieć, czy nie jest już zajęty przez kogoś innego ani o ile tańszy będzie. Znów więc czekały mnie dwie noce w motelu, w najlepszym wypadku. W najgorszym – powrót do uciążliwych poszukiwań i brak perspektyw.

Ktoś miał nas podrzucić do jej biura, które znajdowało się nieopodal mojego motelu, ale Dan gdzieś pojechał, a reszta pracowników była zajęta. Wybraliśmy się więc na mały spacer. Po drodze znów poznałem trochę miasta, przy okazji mając Sofie za przewodnika – okazało się, że mieszka w Eindhoven od urodzenia. Opowiedziała mi również o zwyczajach, panujących w Holandii oraz nauczyła podstawowych zwrotów, które okazały się najprawdziwszymi językowymi łamańcami; wyraziła również zarazem podziw i żal z powodu rozłąki i odległości, jaka dzieli Eindhoven i Kopenhagę.

Kiedy byliśmy już na Mecklenburg Straat, jak spod ziemi wyrósł Dan z samochodem. Świetny moment na podwózkę, dzięki Dan – za rogiem jest przecież biuro. On jednak pojechał w drugą stronę. Okazało się, że poważnie zasmucona moją sytuacją Sofie zadzwoniła do niego i poprosiła o zorganizowanie innego pokoju. Nim nasz spacer dobiegł końca, Dan miał już w kieszeni parę kluczy do innego domku, w innej części miasta.

Okolica znów wyglądała tak samo – przeplatające się ulice, wysiane szeregowcami z czerwonej cegły. Zatrzymaliśmy się przy coffee shopie, którego nawet bym nie zauważył, gdyby nie to, że moja para przewodników z wesołymi minami wyjaśniła mi przeznaczenie tego wyglądającego jak zwykła kawiarnia miejsca. Kilkaset metrów dalej weszliśmy do kolejnego domku.

W środku pokazano mi dwa pokoje – za 310 i 275 euro miesięcznie. O droższym nawet nie pomyślałem, tańszy natomiast, choć mniejszy, choć w środku znów był zlew i kran (nie wiem, dlaczego taki zwyczaj panuje w tym kraju, ale okazuje się to być całkiem praktyczne), a łóżko znajdowało się bezpośrednio nad biurkiem, od razu przypadł mi do gustu. Wydawał się miły i przytulny. Nie żaden apartament, ale przecież miał wszystko, czego chciałem i już widziałem siebie przy lampce nocnej, siedzącego skulonego pod tym zawieszonym łóżkiem, przy biurku, przy laptopie, piszącego szczęśliwe zakończenie tej historii.

Długo się jednak nie nacieszyłem wytartym sloganem ciemny, ciasny, ale własny. Dan i Sofie szybko sprowadzili mnie na ziemię oczywistą informacją – nim dostanę kluczę, muszę wnieść opłatę depozytową i czynsz za pierwszy miesiąc mieszkania. Licząc ostatni tydzień sierpnia jako początek obowiązywania umowy, razem wyszło niecałe 350 euro.

Niby nie tak tragicznie wysoka suma, ale przecież przez życie w motelu moje oszczędności stopniały niemal do zera, a moje konto nawet nie powąchało jeszcze obiecanego stypendium…

Posted: August 25th, 2011
at 11:21pm by soofka

Tagged with , , ,


Categories: Blog

Comments: 5 comments


T30DSC: Day 04

Dzisiaj będzie prędziutko, bo czas nagli – choć dzień jeszcze młody, to planów dużo i nawet nie ma takiej możliwości, żeby ich nie zrealizować. No, choćby w połowie.

Day 04 – A song that makes you sad

Znów napotykam tę samą zagwozdkę, co wczoraj – nie ma piosenek, które wpędzą mnie w grobowy nastrój, kiedy mam dobry dzień. Są za to takie, których słucham w te gorsze, deszczowe dni i jeden z takich kawałków wam tutaj wrzucę. Przy okazji przepraszam, że w takie miłe, słoneczne, letnie już niemalże przedpołudnie raczę was taką smutną, refleksyjną muzyką. Zobowiązuję się dodać dzisiaj coś jeszcze, co bardziej wpasuje się w klimat wakacyjny.

Dzisiejszy utwór w ramach 30-Day Song Challenge tak naprawdę wcale nie jest smutny. Co więcej, zdaniem wielu opowiada o miłości – tak naprawdę został stworzony, jeśli mnie pamięć nie myli, na potrzeby jakiegoś filmu, a jego tekst ma podłoże religijne – traktuje ni mniej, ni więcej, a o aniele po prostu.

Jednak tak to bywa z muzyką, że każdy interpretuje ją na swój sposób. Wielu słuchaczy – całkiem zresztą słusznie – widzi w tej piosence nawiązanie do miłości, opowieść o cudownym kochanku. A ja widzę w nim smutek, jakieś niespełnione nadzieje, brutalną rzeczywistość, często gęsto tak dalece różną od oczekiwań i marzeń. Jakoś tak wyszło, że źle mi się ten utwór kojarzy, więc słucham go w chwilach, gdy nachodzą mnie głębokie i smutne refleksje.

Lamb – Gabriel

Jako ciekawostkę dodam jeszcze, że drugi hit tego angielskiego duetu, drugi ich najbardziej znany kawałek, zatytułowany jest “Górecki”. Artyści bowiem przy jego tworzeniu czerpali z trzeciej symfonii polskiego kompozytora Henryka Góreckiego – “Symfonii pieśni żałosnych”.

Posted: June 1st, 2011
at 10:14am by soofka

Tagged with , , ,


Categories: Blog

Comments: 1 comment


Ups

Wywaliłem wszystko z bloga. Przypadkiem. Chciałem zajrzeć tutaj z okazji nowego roku, usunąć sto tysięcy komentarzy spamu i może coś napisać (!), a ponieważ nie dało się sensownych porządków na dużą skalę przeprowadzić z poziomu administracji blogiem, udałem się po pomoc do MySQLa. A tam trochę się rozpędziłem z instrukcjami…

Ale to nieważne, bo i tak były tam same bzdury. Od dzisiaj będę pisał z ładnie, składnie i z sensem, a wy wszyscy będziecie to czytać. Jeśli nie będziesz tego czytał, drogi czytelniku, to przestanę cię nim nazywać i stracisz cały swój czytelniczy szacunek.

I ten podtytuł, jakże bezdennie głupi, który tam na górze w bannerze stoi – “Muzyczna Godzilla, euforyczny chill out” – wreszcie stanie się jemu zadość. Zacznę bowiem pisać o muzyce. O muzyce, której obecnie słucham, a więc która musi być zajebista.

Joł.

Posted: December 28th, 2010
at 3:07am by soofka

Tagged with ,


Categories: Blog

Comments: No comments