Archive for the ‘Wiatraki i tulipany’ Category

WiT #3: Światełko w tunelu

Mówi się, że światełko w tunelu, które optymiści postrzegają jako nadzieję na lepszą przyszłość, rychły kres czyhających w ciemności niebezpieczeństw, w rzeczywistości okazuje się być światłami nadjeżdżającego pociągu. Jako niepoprawny optymista przyjmuję tę tezę do wiadomości, natomiast zupełnie się z nią nie zgadzam.

Aczkolwiek muszę przyznać, że czasem ciężko dostrzec takie światełko, albo tym bardziej uwierzyć w to, że ono naprawdę nie jest nadjeżdżającym pociągiem. Są takie chwile, kiedy człowiek tylko czeka na ten pociąg, bo niemożliwym wydaje się, aby światełko było czymś innym. A i to, że okazuje się jednak być końcem tunelu, wcale nie oznacza, że za chwilę nie zacznie się kolejny.

Trudno było się wziąć w garść, nawet po cudownym odnalezieniu drogi do domu w labiryncie szeregowców z czerwonej cegły. Przemoczony do suchej nitki wszedłem do swojego pokoju i, rozwiesiwszy moje jedyne ubrania na krzesłach, pozwoliłem się porwać moim myślom na zdradzieckie, mętne wody melancholii. Za oknem, jak na złość oczywiście, zaczęło świecić słońce, co, paradoksalnie, zamiast rozpogodzić również mój pochmurny nastrój, kazało mi uwierzyć w to, że naprawdę wszystko sprzysięgło się przeciw mnie. Gotów byłem dać sobie rękę uciąć, że gdybym skądś wziął nagle suche ciuchy i ponownie przekroczył próg domku, momentalnie lunąłby deszcz.

Zasłoniłem zasłony i otulony półmrokiem usiadłem do komputera. Tym razem jednak więcej czasu poświęciłem na przeglądanie durnych for internetowych w poszukiwaniu jakiejś odpowiedzi na pytanie, którego właściwie sam nie potrafiłem sprecyzować, niż na szukanie pokoju, w którym mógłbym zamieszkać. Nic jednak dziwnego – wszystkie ścieżki zostały już zbadane, a mi brakowało pomysłów na nowe źródła informacji. Każdy, do kogo mogłem się odezwać, został przeze mnie już zasypany odpowiednią ilością maili. Kto odpisał, ten odpisał, kto nie odpisał – być może jeszcze to zrobi. Niewątpliwie na to liczyłem, choć powoli zaczynałem tracić nadzieję. Trudno pozostać optymistą i, ponosząc kilkadziesiąt kolejnych porażek, wierzyć w to, że kolejna próba będzie wreszcie udana.

Natomiast fora internetowe okazały się być absolutnie niepomocne. Ludzie wypisywali tam jakieś bzdury, być może dlatego, że sam na nich bzdur szukałem – niestety, ale trzeba być albo idiotą, albo desperatem, aby liczyć na to, że jakiś anonimowy internauta rozwiąże czyjś problem egzystencjalny w kilku zdaniach. Przekopałem się więc przez tonę zupełnie nieprzydatnych porad i domorosłej psychologii, która rzekomo miała pomóc przetrwać trudne chwile samotności.

Bo w końcu okazało się, że to samotność zaczęła mnie przytłaczać i przybijać. Obcy kraj, zero znajomych, ciężko do kogoś nawet gębę otworzyć, bo i do kogo. Zrezygnowany szukałem kontaktu z kimś przez internetowe komunikatory, ale szybko się przekonałem, że marna to namiastka tego, czego mi brakowało. Z jednym wyjątkiem. Najbardziej brakowało oczywiście ukochanej, jej ciepła, troski, nawet samej obecności, która tak dodaje otuchy w chwilach zwątpienia. Ale brakowało również zwykłej z nią rozmowy, choćby i przez to głupie gadu-gadu, nawet jednego SMS-a brakowało. Jakiegokolwiek wsparcia ze strony kogoś, od kogo nie tyle się tego wsparcia oczekuje, co po prostu na nie liczy.

Noc spędziłem w oknie, pogrążony w myślach patrząc na dumne szczyty biurowców De Regent i De Admirant. Wciąż tak samo piękne i fascynujące, jak wcześniej, ale jakoś bardziej oddalone, wręcz znikające na horyzoncie, będące tak daleko, jakby niemożliwym było ich sięgnięcie.

Zasnąłem nad ranem. I, jakimś niesamowitym zrządzeniem losu, zupełnie wbrew temu, do czego przywykłem, obudziłem się o dziewiątej, wyspany i wypoczęty, choć i wystraszony nocnymi koszmarami. Szybko upewniwszy się, że rzeczywistość wciąż jest nienaruszona i senne majaki były tylko sennymi majakami, niechętnie wróciłem na krzesło przed komputerem, na którym spędziłem zdecydowanie zbyt wiele godzin w ciągu ostatnich dni.

I oto pojawiło się światełko w tunelu: mail z uczelni, informujący o możliwości uzyskania pokoju w mieszkaniu studenckim. Oczywiście możliwość pozostała wciąż tylko możliwością, szansą, niczym pewnym, ale w środku zrodziła się nadzieja, na nowo zapłonęła żywym ogniem. Spojrzałem na siebie w lustrze i nie mogłem uwierzyć w to, co stało się w poprzedniej nocy – w to, że pozwoliłem jej na chwilę zgasnąć.

Nie wiedziałem wówczas jeszcze, czy tym światełkiem będzie nadjeżdżający pociąg. Właściwie nie dbałem o to. Nie miałem przecież nic do stracenia.

Posted: August 24th, 2011
at 10:38pm by soofka

Tagged with , , ,


Categories: Wiatraki i tulipany

Comments: No comments


WiT #2: Trudne początki

Zawsze słyszy się o trudnych początkach życia na emigracji, o tym, że wystarczy kilka dni, a marzenia pryskają, wizja rzeczywistości okazuje się zbyt przytłaczająca i zmęczony fizycznie i psychicznie człowiek, gdy już zupełnie skończą mu się fundusze, wraca do kraju na tarczy. Oczywiście miałem to wszystko za bzdury. Nadal mam, bo prawdziwym idiotyzmem byłoby rezygnować z takiej szansy i po prostu wrócić. Ale bywa tak, o czym sam się przekonałem, że początki są naprawdę uciążliwe. Zwłaszcza, gdy jedzie się do obcego kraju, w którym nie zna się języka, nie zna się nikogo i tak naprawdę niczego nie ma – ani pieniędzy, ani konkretnych planów. Tylko stertę walizek.

Swoje życie w Eindhoven rozpocząłem od rozejrzenia się za motelem. Sprawdziliśmy kilka adresów, które znalazłem jeszcze przed wyjazdem. Już drugi strzał okazał się trafny (piszę tak, jakbym miał więcej strzałów, a niestety tylko dwa motele w rozsądnych cenach udało mi się wcześniej przygotować). Miły pan po czterdziestce, płynnie mówiący po angielsku (czy jest tutaj ktoś, kto nie zna tego języka?), ugościł mnie za nieco ponad 25 euro za noc iście po królewsku – internet, własna toaleta, wygodny prysznic, łóżko, nawet telewizor w pokoju. Większość walizek oddałem koledze, z którym jechałem autem, licząc na to, że następnego dnia je odbiorę. Ponieważ nie miałem jak zapłacić mu za podróż, wziął je jako zastaw. Ja, zostawszy z laptopem i dwoma parami czystych majtek w ręku, skierowałem się w stronę mojego nowego, tymczasowego domu.

Widok z okna miałem przeuroczy – całą noc mogłem podziwiać spokojną, czystą okolicę, osiedle szeregowych domków z czerwonej cegły (szybko się przekonałem, że podobne, do każdego innego – chyba wszystkie osiedla tutaj tak wyglądają, przyjąłem to jako ich formę naszych blokowisk) oraz szczyty dwóch biurowców – De Regent i De Admirant. Wprawdzie te nazwy nadal nic mi nie mówią, a wiem o nich tylko dlatego, że w przewodniku, który znalazłem w swoim motelowym pokoju były zaznaczone na panoramie miasta, to wciąż wydają mi się piękne i fascynujące i mogłem je podziwiać całą nocą.

I podziwiałem. Całą noc siedziałem przed komputerem, wysyłając setki maili w poszukiwaniu mieszkania, zarówno osobiście, jak i za pośrednictwem listy mailingowej dla studentów zagranicznych w Eindhoven, uczelni, agencji nieruchomości i portalu internetowego (za konto na którym, skądinąd używane, kupione “po znajomości”, musiałem zapłacić całe 18 euro!) i patrzyłem przez okno, na – wówczas jeszcze – zachwycającą panoramę miasta.

Cała noc poszukiwań nie zdała się jednak na nic, a ponieważ doba motelowa trwała do jedenastej, już o piętnastej, po czterech godzinach nerwowego ukrywania się za zamkniętymi drzwiami, zostałem wyekspediowany. Chcąc nie chcąc, nie mając gdzie się podziać, musiałem zapłacić za kolejną. Stało się, kolejne sto złotych w plecy – jeśli już zapłaciłem, to mogę chociaż dobrze wypocząć. Zmotywowany zapachem zbliżającego się sukcesu, czekając na odpowiedzi mailowe z kilkunastu różnych źródeł, spokojnie zasnąłem.

Obudziłem się o ósmej rano. Cóż, widocznie podróż dała się we znaki, cała noc googlowania i sporo stresu z tym związanego, plus moja wrodzona przypadłość, niezdiagnozowana jeszcze choroba psychiczna, która objawia się absolutnym, ale to absolutnym ignorowaniem dźwięku budzika i wręcz machinalnym wyłączaniem go, wszystko to sprawiło, że przespałem jakieś pół doby. A i tak miałem sporo szczęścia, bo obudziła mnie burza z piorunami, która szalała rano nad miastem.

Pierwszą reakcją była oczywiście panika. Szybki zryw do komputera, sprawdzenie poczty, sprawdzenie portalu ogłoszeniowego, sprawdzenie telefonu – nic, zupełnie nic. Oczywiście ludzie odpowiadali, ale zazwyczaj w uprzejmym tonie dziękowali za zainteresowanie i z przykrością informowali, że oferta nie jest już aktualna, albo nie jest jeszcze aktualna, albo nigdy nie była aktualna, albo musiałbym zapłacić sto milionorów euro czynszu, albo cokolwiek innego, co czyniło ją zupełnie nieosiągalną dla mnie. Część z nich proponowała inne źródła poszukiwań lub podsyłała bezpośrednie dane ludzi, którzy wynajmują, wynajmowali albo mogą wynajmować mieszkania. Wszystko to splatało się w jakąś gigantyczną siatkę anonimowych kontaktów, adresów mailowych i stron internetowych, w której środku byłem ja. Każda ścieżka wymagała dokładnego sprawdzenia, wszak na końcu każdej z nich mogło kryć się rozwiązanie. Każda jednak okazywała się być albo ślepa, albo tak kręta, że nijak nie dało się nią podążyć. Suma summarum byłem w kropce, błądziłem po omacku, chodziłem w kółko bez żadnego konkretnego punktu zaczepienia.

Prawdą jest, że trafiłem na wyjątkowo kiepski okres na szukanie pokoju. W Eindhoven, mieście, którego populacja w czasie wakacji zmniejsza się o jakieś kilkadziesiąt tysięcy osób, wielkimi krokami zbliżało się rozpoczęcie roku akademickiego na dwóch największych uczelniach. Całe tłumy ludzi przyjeżdżały na miejsce i szukały swojego kąta. Znalezienie mieszkania w tym okresie najzwyczajniej w świecie graniczy z cudem, zwłaszcza, gdy szuka się dopiero kilka dni, a grunt pali się pod nogami.

I kiedy przeżywałem głęboką refleksję nad tym zjawiskiem, rozległo się pukanie do moich drzwi. Przemiły pan po piętnastu minutach opuścił mój pokój z grubszym portfelem, a ja ze zwieszoną głową powędrowałem pod prysznic. Pieniądze się kończą, opcje się kończą, brak perspektyw.

Co zrobić w takiej sytuacji? Ponoć z problemem najlepiej się przespać, ale ponieważ spałem już dość długo, postanowiłem coś zjeść. Może uda mi się ten problem przegryźć, myślałem.

Oczywiście nic nie mogło pójść po mojej myśli. Choć ulicę, na której mieszkam od marketu dzieli 250 metrów i trzy zakręty, musiałem zgubić się w drodze powrotnej. Te cholerne szeregowce z czerwonej cegły wyglądają wszędzie tak samo! Dodatkowym utrudnieniem były nazwy ulic, które w języku holenderskim brzmią jak połączenie rozkazów niemieckich nazistów z zaklęciami z “Harry’ego Pottera”. Nijak nie potrafiłem zapamiętać nazwy ulicy, na której mieszkałem.

Szczyt załamania osiągnąłem, kiedy towarzysząca mi lekka mżawka przerodziła się w prawdziwą ulewę. Naprawdę ciężko jest się zebrać do kupy, stojąc gdzieś na jednej z ulic obcego miasta w obcym kraju w japonkach na stopach, dokładnie pod wielką, czarną chmurą pełną deszczu, w ręku kurczowo ściskając paczkę bułeczek sezamowych, bo tylko na takie śniadanie było mnie stać, przy okazji będąc niemalże bankrutem, w dodatku bezdomnym.

Posted: August 24th, 2011
at 5:58pm by soofka

Tagged with , , ,


Categories: Wiatraki i tulipany

Comments: 4 comments


WiT #1: Pierwsze wrażenie

Niniejszym otwieram na moim blogu nową kategorię, w której będę opisywał swoje wrażenia z pobytu w Holandii. A pobyt będzie raczej długi, na pewno nie turystyczny – przyjechałem tutaj na piąty i szósty semestr studiów, kto wie, czy nie zostanę także na siódmy. Zatem i atrakcji, i trudności czeka mnie multum, więc i będę miał o czym pisać.

Zacznę od tego, że wszystko, co ludzie gadają na temat obcych krajów, jak dotąd znajduje swoje potwierdzenie w rzeczywistości. Przede wszystkim niemieckie autostrady – jedzie się naprawdę szybko, komfortowo, bezpiecznie. Podróż z Łodzi do Eindhoven samochodem na gaz trwa jakieś dwanaście godzin. Trasa liczy niecałe 1200 kilometrów, uwzględniając postoje i małe problemy z odnalezieniem właściwej drogi (pierwszy wjazd na autostradę, jeszcze w Polsce – zamiast na Poznań, pojechaliśmy na Stryków…) daje to średnią prędkość rzędu 120 km/h. Niestety tej średniej nie wyrabia się na odcinku w Polsce – do granicy z Niemcami jechaliśmy pięć godzin, przez całe Niemcy i kawałek Holandii – siedem. I to nie tylko dlatego, że w Polsce nie ma autostrad – przejechaliśmy niemal całą A2 (za przejazd którą trzeba zapłacić, nawiasem mówiąc, niecałe 60 złotych, licząc wszystkie bramki…), która jest śmiesznie wąska i mała w porównaniu z tym, co zobaczyliśmy w Niemczech. Problem tkwi w tym, że odcinek od Poznania do granicy to labirynt objazdów po placach budowy, ciągłe kluczenie pomiędzy koparkami i niecierpliwa walka z ruchem wahadłowym.

Niemcy witają szerokim i klarownie oznakowanym autobahnem. Podróż jest niezwykle komfortowa, droga w doskonałym stanie, prędkość wysoka, choć nieodczuwalna. Podczas jazdy nie ma zbyt wiele atrakcji, ponieważ autostrady omijają szerokim łukiem wszystkie miasta. Podziwiać można jedynie las wiatraków, który towarzyszy nam właściwie przez cały czas. Niemcy witają również niespodzianką dla posiadaczy “zagazowanych” samochodów – inna końcówka przy dystrybutorach zmusza nas do wypożyczania, za złożeniem w depozycie odpowiedniej sumy pieniężnej lub dokumentu, pasującej przejściówki. Dystrybutor gazu znaleźć na stacjach nietrudno – to ten, przy którym stoją auta z polską rejestracją. Naprawdę. Zawsze.

Kilka godzin jazdy i już jesteśmy w Holandii. Kraj wiatraków i tulipanów wita… polem tulipanów. Wiatraków jeszcze nie widziałem, choć moją potrzebę podziwiania wiatraków, jeśli w ogóle kiedykolwiek taką miałem, zaspokoiłem przejeżdżając przez Niemcy. Holandia wita również ogromnymi szklarniami tuż za granicą. Ich widok skłania do refleksji nad tym, co właściwie w nich rośnie…

50 kilometrów dalej jesteśmy już w Eindhoven. Piąte co do wielkości miasto w Holandii, nieco ponad dwieście tysięcy mieszkańców, przemysłowe, produkcyjne, gdzieś tutaj jest stadion Philipsa, siedziba PSV. To wszystko, co wiem, przekraczając granice, bądź co bądź, mojego nowego domu.

Pierwsze wrażenie? Tak, oni naprawdę jeżdżą na rowerach. Wszyscy. Po drodze mijamy market, przed którym stoi gigantyczny stojak na jakieś sto rowerów. Przepełniony – w różny, nierzadko ekwilibrystyczny sposób przyczepione do niego o jakieś sto rowerów więcej. Jest niedzielny wieczór, słońce powoli zachodzi, większość mieszkańców pochowana w domach. Tylko czasem gdzieniegdzie przemyka rowerzysta, spokojnym, żółwim tempem pedałując na swojej holenderce. Tutaj murzyn, tam Turek, gdzieś indziej ktoś, kto mógłby być Holendrem, ale równie dobrze Niemcem, Francuzem albo… Polakiem.

Miasto w tej typowo letniej aurze, przesycone leniwą atmosferą wygląda uroczo i przytulnie. Niska zabudowa, wszędzie pełno szeregowców, domków z czerwonej cegły, co poniektóre urozmaicone elementami jakiejś nowoczesnej, ekstrawaganckiej architektury. Gdzieś na horyzoncie jawią się wysokie szczyty biurowców, drapaczy chmur czy co to tam jest. Ulice czyste, posprzątane, jest cicho, w oddali słychać fontannę.

Wszystko wygląda… Kurde, nie chciało mi się w to wierzyć, ale wszystko wygląda naprawdę tak, jak ludzie gadali. Pierwsze wrażenie robi znakomite i aż chce się tutaj zostać.

I to też zamierzam uczynić.

Posted: August 23rd, 2011
at 7:06pm by soofka

Tagged with , , ,


Categories: Wiatraki i tulipany

Comments: No comments