<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>blog.soofka.pl</title>
	<atom:link href="http://blog.soofka.pl/index.php/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://blog.soofka.pl</link>
	<description>Just another WordPress weblog</description>
	<lastBuildDate>Thu, 25 Aug 2011 22:27:30 +0000</lastBuildDate>
	<generator>http://wordpress.org/?v=2.8.6</generator>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
			<item>
		<title>WiT #4: Ludzie są pomocni</title>
		<link>http://blog.soofka.pl/index.php/2011/08/25/wit-4-ludzie-sa-pomocni/</link>
		<comments>http://blog.soofka.pl/index.php/2011/08/25/wit-4-ludzie-sa-pomocni/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 25 Aug 2011 22:21:18 +0000</pubDate>
		<dc:creator>soofka</dc:creator>
				<category><![CDATA[Blog]]></category>
		<category><![CDATA[eindhoven]]></category>
		<category><![CDATA[Holandia]]></category>
		<category><![CDATA[mieszkanie w Holandii]]></category>
		<category><![CDATA[studia w Holandii]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://blog.soofka.pl/?p=193</guid>
		<description><![CDATA[A po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój, śpiewał swego czasu Krzysztof Cugowski w duecie z jakąś wokalistką (ktoś wie kim była ta pani o cudownym głosie?). Czasem bywa jednak i tak, że dzień przynosi ze sobą deszczowe chmury, a po burzy nadchodzi kolejna. Innymi słowy &#8211; po cudownym uśmiechu losu łatwo popaść w [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>A po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój</em>, śpiewał swego czasu Krzysztof Cugowski w duecie z jakąś wokalistką (ktoś wie kim była ta pani o cudownym głosie?). Czasem bywa jednak i tak, że dzień przynosi ze sobą deszczowe chmury, a po burzy nadchodzi kolejna. Innymi słowy &#8211; po cudownym uśmiechu losu łatwo popaść w hurraoptymizm, często zupełnie niesłusznie, bo choć los okazał się naprawdę łaskawy, nie oznacza to, że taki już pozostanie.</p>
<p>Ja jednak nie tyle uwierzyłem w to, że w magiczny sposób nagle zacznie mi się wszystko układać, co po prostu wróciłem do bujania w obłokach i polegania na szczęściu, które towarzyszy mi na każdym kroku (szczerze wierzę, że mi towarzyszy tylko dlatego, że wierzę, że mi towarzyszy (<em>We need to go deeper</em>)). Wziąłem prysznic i ponownie w lustrze ujrzałem siebie. I zupełnie nie rozumiałem dlaczego choć na chwilę zwątpiłem w to, że wszystko się ułoży. Bo przecież zawsze się układa, czyż nie?</p>
<p>Pełen dobrych myśli wyruszyłem na podbój Eindhoven. Droga na uczelnię wiodła przez centrum miasta, więc miałem okazję odkryć cudowne miejsca &#8211; zatłoczone ulice sklepowe, alejki pełne kawiarni, ogromną galerię handlową. Wszystko mijałem tylko rzucając okiem, pewien, że jeszcze nieraz będę się przechadzał po najbardziej reprezentatywnej części miasta. Spieszyłem się, przyświecał mi jeden cel &#8211; wreszcie zakończyć gehennę, jaką było szukanie mieszkania.</p>
<p>Pierwszy raz na uczelni był przeżyciem naraz traumatycznym i fascynującym. Po przeprowadzce z liceum na studia wyższe nie mogłem wyjść z podziwu dla Politechniki Łódzkiej, gigantycznego kampusu i nowoczesnego obiektu IFE, w którym przyszło mi studiować. W Eindhoven przeżyłem to samo po raz drugi, ze zdwojoną siłą. Gigantyczny kompleks wspaniałych, wysokich, modernistycznych budowli wywarł na mnie ogromne wrażenie. Przeżycie było traumatyczne, ale i fascynujące, gdyż nagle uświadomiłem sobie, że to, czym zachwycam się dziś, jutro może okazać się zupełnie mizerne wobec tego, czego jeszcze nie odkryłem.</p>
<p>Podczas kluczenia po korytarzach z trudem odnalezionego, oznaczonego odpowiednim numerem budynku pytałem sam siebie: ilu studentów może się tutaj zmieścić? Ilu studentów chodzi tutaj każdego dnia roku akademickiego? Jak wygląda to miejsce, kiedy jest pełne ludzi i tętni życiem?</p>
<p>Po kilku wskazówkach od napotkanych gdzieniegdzie sprzątaczy, konserwatorów, ochroniarzy czy kimkolwiek tamtejsi pracownicy byli, trafiłem do odpowiedniego biura. Tam miła pani przyjęła mnie z uśmiechem, dała papiery do wypełnienia i wytłumaczyła całą procedurę. Po piętnastu minutach rozmowy i kolejnych piętnastu minutach marszu byłem w innym biurze, w innej części kompleksu. Tam równie miły pan wykonał kilka telefonów i tajemniczym tonem oznajmił mi, że &#8220;za chwilę będą&#8221;.</p>
<p>Nie kazali długo na siebie czekać. Drobna blondynka i towarzyszący jej facet z żelem we włosach przedstawili się jako Sofie i Dan, pracujący dla organizacji studenckiej, zajmującej się kwaterunkiem. Po wymianie uprzejmości zaprowadzili mnie do auta i ruszyliśmy w drogę w nieznane. Nie wiedziałem gdzie mnie wiozą, ale byłem zadowolony &#8211; podczas gdy oni, siedząc na przednich siedzeniach, rozmawiali wesoło po holendersku, ja oddawałem się obserwacji miasta. Wreszcie po raz pierwszy miałem okazję ujrzeć wspaniały stadion Phillipsa, siedzibę PSV Eindhoven.</p>
<p>W końcu zatrzymaliśmy się na kolejnym osiedlu szeregowców z czerwonej cegły. Moją uwagę przykuła kawiarnia Warszawa, znajdująca się po drugiej stronie ulicy. Nim jednak zdążyłem wyrazić na ten temat jakąś uwagę, Sofie zaczęła prowadzić mnie w stronę jednego z domków, a Dan odjechał gdzieś w pośpiechu.</p>
<p>Weszliśmy do środka, Sofie otworzyła któreś z drzwi w środku i wpuściła mnie do pustego pokoju. Wewnątrz stało łóżko, na którym leżała zapakowana w fabryczną folię pościel. Obok była szafa, biurko, wielkie okno z widokiem na ogród &#8211; wszystko, czego potrzebowałem.</p>
<p>- Czynsz wynosi 375 euro miesięcznie &#8211; poinformowała mnie, po czym spojrzała na mnie w uprzejmy sposób, oczekując odpowiedzi.<br />
- I co? To wszystko? &#8211; Zapytałem zdziwiony.<br />
- Jasne &#8211; roześmiała się. &#8211; Płacisz, podpisujesz umowę i daję ci klucze!</p>
<p>Poczułem się jak w El Dorado. Ja wiem, że to nie jest żadne miasto ze złota, a tylko zwykły, umeblowany pokój. Ale po kilku dniach bezowocnych poszukiwań moment, kiedy będę mógł gdzieś rozpakować swoje rzeczy i postawić zdjęcie ukochanej na biurku, wydawał mi się tak oddalony, jakby nigdy nie miał nadejść. A potem nadszedł zupełnie nagle. Stałem jak wryty i nie wiedziałem co powiedzieć.</p>
<p>- Nie mogę tutaj mieszkać &#8211; wydukałem w końcu.</p>
<p>Nim zaskoczona Sofie zdążyła zapytać, sam zacząłem wyjaśniać powody odrzucenia wymarzonej oferty. Oczywiście chodziło o finanse &#8211; stypendium, jakie otrzymuję, to 300 euro miesięcznie. Choćbym nie wiem jak głęboko grzebał w kieszeniach, nie znajdę w nich dodatkowych 75 na samo mieszkanie, nie mówiąc o kosztach życia, jedzeniu, transporcie&#8230;</p>
<p>Po krótkiej rozmowie i kilku telefonach Sofie już opuszczaliśmy mieszkanie, a ja czułem, że z każdym krokiem mój cel znów się oddala, choć był już tak blisko. Wprawdzie obiecała mi spotkanie za dwa dni w sprawie innego pokoju, który miał być nieco tańszy, ale nie potrafiła mi powiedzieć, czy nie jest już zajęty przez kogoś innego ani o ile tańszy będzie. Znów więc czekały mnie dwie noce w motelu, w najlepszym wypadku. W najgorszym &#8211; powrót do uciążliwych poszukiwań i brak perspektyw.</p>
<p>Ktoś miał nas podrzucić do jej biura, które znajdowało się nieopodal mojego motelu, ale Dan gdzieś pojechał, a reszta pracowników była zajęta. Wybraliśmy się więc na mały spacer. Po drodze znów poznałem trochę miasta, przy okazji mając Sofie za przewodnika &#8211; okazało się, że mieszka w Eindhoven od urodzenia. Opowiedziała mi również o zwyczajach, panujących w Holandii oraz nauczyła podstawowych zwrotów, które okazały się najprawdziwszymi językowymi łamańcami; wyraziła również zarazem podziw i żal z powodu rozłąki i odległości, jaka dzieli Eindhoven i Kopenhagę.</p>
<p>Kiedy byliśmy już na Mecklenburg Straat, jak spod ziemi wyrósł Dan z samochodem. Świetny moment na podwózkę, dzięki Dan &#8211; za rogiem jest przecież biuro. On jednak pojechał w drugą stronę. Okazało się, że poważnie zasmucona moją sytuacją Sofie zadzwoniła do niego i poprosiła o zorganizowanie innego pokoju. Nim nasz spacer dobiegł końca, Dan miał już w kieszeni parę kluczy do innego domku, w innej części miasta.</p>
<p>Okolica znów wyglądała tak samo &#8211; przeplatające się ulice, wysiane szeregowcami z czerwonej cegły. Zatrzymaliśmy się przy coffee shopie, którego nawet bym nie zauważył, gdyby nie to, że moja para przewodników z wesołymi minami wyjaśniła mi przeznaczenie tego wyglądającego jak zwykła kawiarnia miejsca. Kilkaset metrów dalej weszliśmy do kolejnego domku.</p>
<p>W środku pokazano mi dwa pokoje &#8211; za 310 i 275 euro miesięcznie. O droższym nawet nie pomyślałem, tańszy natomiast, choć mniejszy, choć w środku znów był zlew i kran (nie wiem, dlaczego taki zwyczaj panuje w tym kraju, ale okazuje się to być całkiem praktyczne), a łóżko znajdowało się bezpośrednio nad biurkiem, od razu przypadł mi do gustu. Wydawał się miły i przytulny. Nie żaden apartament, ale przecież miał wszystko, czego chciałem i już widziałem siebie przy lampce nocnej, siedzącego skulonego pod tym zawieszonym łóżkiem, przy biurku, przy laptopie, piszącego szczęśliwe zakończenie tej historii.</p>
<p>Długo się jednak nie nacieszyłem wytartym sloganem <em>ciemny, ciasny, ale własny</em>. Dan i Sofie szybko sprowadzili mnie na ziemię oczywistą informacją &#8211; nim dostanę kluczę, muszę wnieść opłatę depozytową i czynsz za pierwszy miesiąc mieszkania. Licząc ostatni tydzień sierpnia jako początek obowiązywania umowy, razem wyszło niecałe 350 euro.</p>
<p>Niby nie tak tragicznie wysoka suma, ale przecież przez życie w motelu moje oszczędności stopniały niemal do zera, a moje konto nawet nie powąchało jeszcze obiecanego stypendium&#8230;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://blog.soofka.pl/index.php/2011/08/25/wit-4-ludzie-sa-pomocni/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>5</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>WiT #3: Światełko w tunelu</title>
		<link>http://blog.soofka.pl/index.php/2011/08/24/wit-3-swiatelko-w-tunelu/</link>
		<comments>http://blog.soofka.pl/index.php/2011/08/24/wit-3-swiatelko-w-tunelu/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 24 Aug 2011 21:38:55 +0000</pubDate>
		<dc:creator>soofka</dc:creator>
				<category><![CDATA[Wiatraki i tulipany]]></category>
		<category><![CDATA[eindhoven]]></category>
		<category><![CDATA[Holandia]]></category>
		<category><![CDATA[mieszkanie w Holandii]]></category>
		<category><![CDATA[studia w Holandii]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://blog.soofka.pl/?p=190</guid>
		<description><![CDATA[Mówi się, że światełko w tunelu, które optymiści postrzegają jako nadzieję na lepszą przyszłość, rychły kres czyhających w ciemności niebezpieczeństw, w rzeczywistości okazuje się być światłami nadjeżdżającego pociągu. Jako niepoprawny optymista przyjmuję tę tezę do wiadomości, natomiast zupełnie się z nią nie zgadzam.
Aczkolwiek muszę przyznać, że czasem ciężko dostrzec takie światełko, albo tym bardziej uwierzyć [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Mówi się, że światełko w tunelu, które optymiści postrzegają jako nadzieję na lepszą przyszłość, rychły kres czyhających w ciemności niebezpieczeństw, w rzeczywistości okazuje się być światłami nadjeżdżającego pociągu. Jako niepoprawny optymista przyjmuję tę tezę do wiadomości, natomiast zupełnie się z nią nie zgadzam.</p>
<p>Aczkolwiek muszę przyznać, że czasem ciężko dostrzec takie światełko, albo tym bardziej uwierzyć w to, że ono naprawdę nie jest nadjeżdżającym pociągiem. Są takie chwile, kiedy człowiek tylko czeka na ten pociąg, bo niemożliwym wydaje się, aby światełko było czymś innym. A i to, że okazuje się jednak być końcem tunelu, wcale nie oznacza, że za chwilę nie zacznie się kolejny.</p>
<p>Trudno było się wziąć w garść, nawet po cudownym odnalezieniu drogi do domu w labiryncie szeregowców z czerwonej cegły. Przemoczony do suchej nitki wszedłem do swojego pokoju i, rozwiesiwszy moje jedyne ubrania na krzesłach, pozwoliłem się porwać moim myślom na zdradzieckie, mętne wody melancholii. Za oknem, jak na złość oczywiście, zaczęło świecić słońce, co, paradoksalnie, zamiast rozpogodzić również mój pochmurny nastrój, kazało mi uwierzyć w to, że naprawdę wszystko sprzysięgło się przeciw mnie. Gotów byłem dać sobie rękę uciąć, że gdybym skądś wziął nagle suche ciuchy i ponownie przekroczył próg domku, momentalnie lunąłby deszcz.</p>
<p>Zasłoniłem zasłony i otulony półmrokiem usiadłem do komputera. Tym razem jednak więcej czasu poświęciłem na przeglądanie durnych for internetowych w poszukiwaniu jakiejś odpowiedzi na pytanie, którego właściwie sam nie potrafiłem sprecyzować, niż na szukanie pokoju, w którym mógłbym zamieszkać. Nic jednak dziwnego &#8211; wszystkie ścieżki zostały już zbadane, a mi brakowało pomysłów na nowe źródła informacji. Każdy, do kogo mogłem się odezwać, został przeze mnie już zasypany odpowiednią ilością maili. Kto odpisał, ten odpisał, kto nie odpisał &#8211; być może jeszcze to zrobi. Niewątpliwie na to liczyłem, choć powoli zaczynałem tracić nadzieję. Trudno pozostać optymistą i, ponosząc kilkadziesiąt kolejnych porażek, wierzyć w to, że kolejna próba będzie wreszcie udana.</p>
<p>Natomiast fora internetowe okazały się być absolutnie niepomocne. Ludzie wypisywali tam jakieś bzdury, być może dlatego, że sam na nich bzdur szukałem &#8211; niestety, ale trzeba być albo idiotą, albo desperatem, aby liczyć na to, że jakiś anonimowy internauta rozwiąże czyjś problem egzystencjalny w kilku zdaniach. Przekopałem się więc przez tonę zupełnie nieprzydatnych porad i domorosłej psychologii, która rzekomo miała pomóc przetrwać trudne chwile samotności.</p>
<p>Bo w końcu okazało się, że to samotność zaczęła mnie przytłaczać i przybijać. Obcy kraj, zero znajomych, ciężko do kogoś nawet gębę otworzyć, bo i do kogo. Zrezygnowany szukałem kontaktu z kimś przez internetowe komunikatory, ale szybko się przekonałem, że marna to namiastka tego, czego mi brakowało. Z jednym wyjątkiem. Najbardziej brakowało oczywiście ukochanej, jej ciepła, troski, nawet samej obecności, która tak dodaje otuchy w chwilach zwątpienia. Ale brakowało również zwykłej z nią rozmowy, choćby i przez to głupie gadu-gadu, nawet jednego SMS-a brakowało. Jakiegokolwiek wsparcia ze strony kogoś, od kogo nie tyle się tego wsparcia oczekuje, co po prostu na nie liczy.</p>
<p>Noc spędziłem w oknie, pogrążony w myślach patrząc na dumne szczyty biurowców De Regent i De Admirant. Wciąż tak samo piękne i fascynujące, jak wcześniej, ale jakoś bardziej oddalone, wręcz znikające na horyzoncie, będące tak daleko, jakby niemożliwym było ich sięgnięcie.</p>
<p>Zasnąłem nad ranem. I, jakimś niesamowitym zrządzeniem losu, zupełnie wbrew temu, do czego przywykłem, obudziłem się o dziewiątej, wyspany i wypoczęty, choć i wystraszony nocnymi koszmarami. Szybko upewniwszy się, że rzeczywistość wciąż jest nienaruszona i senne majaki były tylko sennymi majakami, niechętnie wróciłem na krzesło przed komputerem, na którym spędziłem zdecydowanie zbyt wiele godzin w ciągu ostatnich dni.</p>
<p>I oto pojawiło się światełko w tunelu: mail z uczelni, informujący o możliwości uzyskania pokoju w mieszkaniu studenckim. Oczywiście możliwość pozostała wciąż tylko możliwością, szansą, niczym pewnym, ale w środku zrodziła się nadzieja, na nowo zapłonęła żywym ogniem. Spojrzałem na siebie w lustrze i nie mogłem uwierzyć w to, co stało się w poprzedniej nocy &#8211; w to, że pozwoliłem jej na chwilę zgasnąć.</p>
<p>Nie wiedziałem wówczas jeszcze, czy tym światełkiem będzie nadjeżdżający pociąg. Właściwie nie dbałem o to. Nie miałem przecież nic do stracenia.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://blog.soofka.pl/index.php/2011/08/24/wit-3-swiatelko-w-tunelu/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>WiT #2: Trudne początki</title>
		<link>http://blog.soofka.pl/index.php/2011/08/24/wit-2-trudne-poczatki/</link>
		<comments>http://blog.soofka.pl/index.php/2011/08/24/wit-2-trudne-poczatki/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 24 Aug 2011 16:58:20 +0000</pubDate>
		<dc:creator>soofka</dc:creator>
				<category><![CDATA[Wiatraki i tulipany]]></category>
		<category><![CDATA[eindhoven]]></category>
		<category><![CDATA[Holandia]]></category>
		<category><![CDATA[mieszkanie w Holandii]]></category>
		<category><![CDATA[studia w Holandii]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://blog.soofka.pl/?p=186</guid>
		<description><![CDATA[Zawsze słyszy się o trudnych początkach życia na emigracji, o tym, że wystarczy kilka dni, a marzenia pryskają, wizja rzeczywistości okazuje się zbyt przytłaczająca i zmęczony fizycznie i psychicznie człowiek, gdy już zupełnie skończą mu się fundusze, wraca do kraju na tarczy. Oczywiście miałem to wszystko za bzdury. Nadal mam, bo prawdziwym idiotyzmem byłoby rezygnować [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Zawsze słyszy się o trudnych początkach życia na emigracji, o tym, że wystarczy kilka dni, a marzenia pryskają, wizja rzeczywistości okazuje się zbyt przytłaczająca i zmęczony fizycznie i psychicznie człowiek, gdy już zupełnie skończą mu się fundusze, wraca do kraju na tarczy. Oczywiście miałem to wszystko za bzdury. Nadal mam, bo prawdziwym idiotyzmem byłoby rezygnować z takiej szansy i po prostu wrócić. Ale bywa tak, o czym sam się przekonałem, że początki są naprawdę uciążliwe. Zwłaszcza, gdy jedzie się do obcego kraju, w którym nie zna się języka, nie zna się nikogo i tak naprawdę niczego nie ma &#8211; ani pieniędzy, ani konkretnych planów. Tylko stertę walizek.</p>
<p>Swoje życie w Eindhoven rozpocząłem od rozejrzenia się za motelem. Sprawdziliśmy kilka adresów, które znalazłem jeszcze przed wyjazdem. Już drugi strzał okazał się trafny (piszę tak, jakbym miał więcej strzałów, a niestety tylko dwa motele w rozsądnych cenach udało mi się wcześniej przygotować). Miły pan po czterdziestce, płynnie mówiący po angielsku (czy jest tutaj ktoś, kto nie zna tego języka?), ugościł mnie za nieco ponad 25 euro za noc iście po królewsku &#8211; internet, własna toaleta, wygodny prysznic, łóżko, nawet telewizor w pokoju. Większość walizek oddałem koledze, z którym jechałem autem, licząc na to, że następnego dnia je odbiorę. Ponieważ nie miałem jak zapłacić mu za podróż, wziął je jako zastaw. Ja, zostawszy z laptopem i dwoma parami czystych majtek w ręku, skierowałem się w stronę mojego nowego, tymczasowego domu.</p>
<p>Widok z okna miałem przeuroczy &#8211; całą noc mogłem podziwiać spokojną, czystą okolicę, osiedle szeregowych domków z czerwonej cegły (szybko się przekonałem, że podobne, do każdego innego &#8211; chyba wszystkie osiedla tutaj tak wyglądają, przyjąłem to jako ich formę naszych blokowisk) oraz szczyty dwóch biurowców &#8211; De Regent i De Admirant. Wprawdzie te nazwy nadal nic mi nie mówią, a wiem o nich tylko dlatego, że w przewodniku, który znalazłem w swoim motelowym pokoju były zaznaczone na panoramie miasta, to wciąż wydają mi się piękne i fascynujące i mogłem je podziwiać całą nocą.</p>
<p>I podziwiałem. Całą noc siedziałem przed komputerem, wysyłając setki maili w poszukiwaniu mieszkania, zarówno osobiście, jak i za pośrednictwem listy mailingowej dla studentów zagranicznych w Eindhoven, uczelni, agencji nieruchomości i portalu internetowego (za konto na którym, skądinąd używane, kupione &#8220;po znajomości&#8221;, musiałem zapłacić całe 18 euro!) i patrzyłem przez okno, na &#8211; wówczas jeszcze &#8211; zachwycającą panoramę miasta.</p>
<p>Cała noc poszukiwań nie zdała się jednak na nic, a ponieważ doba motelowa trwała do jedenastej, już o piętnastej, po czterech godzinach nerwowego ukrywania się za zamkniętymi drzwiami, zostałem wyekspediowany. Chcąc nie chcąc, nie mając gdzie się podziać, musiałem zapłacić za kolejną. Stało się, kolejne sto złotych w plecy &#8211; jeśli już zapłaciłem, to mogę chociaż dobrze wypocząć. Zmotywowany zapachem zbliżającego się sukcesu, czekając na odpowiedzi mailowe z kilkunastu różnych źródeł, spokojnie zasnąłem.</p>
<p>Obudziłem się o ósmej rano. Cóż, widocznie podróż dała się we znaki, cała noc googlowania i sporo stresu z tym związanego, plus moja wrodzona przypadłość, niezdiagnozowana jeszcze choroba psychiczna, która objawia się absolutnym, ale to absolutnym ignorowaniem dźwięku budzika i wręcz machinalnym wyłączaniem go, wszystko to sprawiło, że przespałem jakieś pół doby. A i tak miałem sporo szczęścia, bo obudziła mnie burza z piorunami, która szalała rano nad miastem.</p>
<p>Pierwszą reakcją była oczywiście panika. Szybki zryw do komputera, sprawdzenie poczty, sprawdzenie portalu ogłoszeniowego, sprawdzenie telefonu &#8211; nic, zupełnie nic. Oczywiście ludzie odpowiadali, ale zazwyczaj w uprzejmym tonie dziękowali za zainteresowanie i z przykrością informowali, że oferta nie jest już aktualna, albo nie jest jeszcze aktualna, albo nigdy nie była aktualna, albo musiałbym zapłacić sto milionorów euro czynszu, albo cokolwiek innego, co czyniło ją zupełnie nieosiągalną dla mnie. Część z nich proponowała inne źródła poszukiwań lub podsyłała bezpośrednie dane ludzi, którzy wynajmują, wynajmowali albo mogą wynajmować mieszkania. Wszystko to splatało się w jakąś gigantyczną siatkę anonimowych kontaktów, adresów mailowych i stron internetowych, w której środku byłem ja. Każda ścieżka wymagała dokładnego sprawdzenia, wszak na końcu każdej z nich mogło kryć się rozwiązanie. Każda jednak okazywała się być albo ślepa, albo tak kręta, że nijak nie dało się nią podążyć. Suma summarum byłem w kropce, błądziłem po omacku, chodziłem w kółko bez żadnego konkretnego punktu zaczepienia.</p>
<p>Prawdą jest, że trafiłem na wyjątkowo kiepski okres na szukanie pokoju. W Eindhoven, mieście, którego populacja w czasie wakacji zmniejsza się o jakieś kilkadziesiąt tysięcy osób, wielkimi krokami zbliżało się rozpoczęcie roku akademickiego na dwóch największych uczelniach. Całe tłumy ludzi przyjeżdżały na miejsce i szukały swojego kąta. Znalezienie mieszkania w tym okresie najzwyczajniej w świecie graniczy z cudem, zwłaszcza, gdy szuka się dopiero kilka dni, a grunt pali się pod nogami.</p>
<p>I kiedy przeżywałem głęboką refleksję nad tym zjawiskiem, rozległo się pukanie do moich drzwi. Przemiły pan po piętnastu minutach opuścił mój pokój z grubszym portfelem, a ja ze zwieszoną głową powędrowałem pod prysznic. Pieniądze się kończą, opcje się kończą, brak perspektyw.</p>
<p>Co zrobić w takiej sytuacji? Ponoć z problemem najlepiej się przespać, ale ponieważ spałem już dość długo, postanowiłem coś zjeść. Może uda mi się ten problem przegryźć, myślałem.</p>
<p>Oczywiście nic nie mogło pójść po mojej myśli. Choć ulicę, na której mieszkam od marketu dzieli 250 metrów i trzy zakręty, musiałem zgubić się w drodze powrotnej. Te cholerne szeregowce z czerwonej cegły wyglądają wszędzie tak samo! Dodatkowym utrudnieniem były nazwy ulic, które w języku holenderskim brzmią jak połączenie rozkazów niemieckich nazistów z zaklęciami z &#8220;Harry&#8217;ego Pottera&#8221;. Nijak nie potrafiłem zapamiętać nazwy ulicy, na której mieszkałem.</p>
<p>Szczyt załamania osiągnąłem, kiedy towarzysząca mi lekka mżawka przerodziła się w prawdziwą ulewę. Naprawdę ciężko jest się zebrać do kupy, stojąc gdzieś na jednej z ulic obcego miasta w obcym kraju w japonkach na stopach, dokładnie pod wielką, czarną chmurą pełną deszczu, w ręku kurczowo ściskając paczkę bułeczek sezamowych, bo tylko na takie śniadanie było mnie stać, przy okazji będąc niemalże bankrutem, w dodatku bezdomnym.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://blog.soofka.pl/index.php/2011/08/24/wit-2-trudne-poczatki/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>4</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>WiT #1: Pierwsze wrażenie</title>
		<link>http://blog.soofka.pl/index.php/2011/08/23/wit-1-pierwsze-wrazenie/</link>
		<comments>http://blog.soofka.pl/index.php/2011/08/23/wit-1-pierwsze-wrazenie/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 23 Aug 2011 18:06:06 +0000</pubDate>
		<dc:creator>soofka</dc:creator>
				<category><![CDATA[Wiatraki i tulipany]]></category>
		<category><![CDATA[eindhoven]]></category>
		<category><![CDATA[Holandia]]></category>
		<category><![CDATA[mieszkanie w Holandii]]></category>
		<category><![CDATA[studia w Holandii]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://blog.soofka.pl/?p=182</guid>
		<description><![CDATA[Niniejszym otwieram na moim blogu nową kategorię, w której będę opisywał swoje wrażenia z pobytu w Holandii. A pobyt będzie raczej długi, na pewno nie turystyczny &#8211; przyjechałem tutaj na piąty i szósty semestr studiów, kto wie, czy nie zostanę także na siódmy. Zatem i atrakcji, i trudności czeka mnie multum, więc i będę miał [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Niniejszym otwieram na moim blogu nową kategorię, w której będę opisywał swoje wrażenia z pobytu w Holandii. A pobyt będzie raczej długi, na pewno nie turystyczny &#8211; przyjechałem tutaj na piąty i szósty semestr studiów, kto wie, czy nie zostanę także na siódmy. Zatem i atrakcji, i trudności czeka mnie multum, więc i będę miał o czym pisać.</p>
<p>Zacznę od tego, że wszystko, co ludzie gadają na temat obcych krajów, jak dotąd znajduje swoje potwierdzenie w rzeczywistości. Przede wszystkim niemieckie autostrady &#8211; jedzie się naprawdę szybko, komfortowo, bezpiecznie. Podróż z Łodzi do Eindhoven samochodem na gaz trwa jakieś dwanaście godzin. Trasa liczy niecałe 1200 kilometrów, uwzględniając postoje i małe problemy z odnalezieniem właściwej drogi (pierwszy wjazd na autostradę, jeszcze w Polsce &#8211; zamiast na Poznań, pojechaliśmy na Stryków&#8230;) daje to średnią prędkość rzędu 120 km/h. Niestety tej średniej nie wyrabia się na odcinku w Polsce &#8211; do granicy z Niemcami jechaliśmy pięć godzin, przez całe Niemcy i kawałek Holandii &#8211; siedem. I to nie tylko dlatego, że w Polsce nie ma autostrad &#8211; przejechaliśmy niemal całą A2 (za przejazd którą trzeba zapłacić, nawiasem mówiąc, niecałe 60 złotych, licząc wszystkie bramki&#8230;), która jest śmiesznie wąska i mała w porównaniu z tym, co zobaczyliśmy w Niemczech. Problem tkwi w tym, że odcinek od Poznania do granicy to labirynt objazdów po placach budowy, ciągłe kluczenie pomiędzy koparkami i niecierpliwa walka z ruchem wahadłowym.</p>
<p>Niemcy witają szerokim i klarownie oznakowanym autobahnem. Podróż jest niezwykle komfortowa, droga w doskonałym stanie, prędkość wysoka, choć nieodczuwalna. Podczas jazdy nie ma zbyt wiele atrakcji, ponieważ autostrady omijają szerokim łukiem wszystkie miasta. Podziwiać można jedynie las wiatraków, który towarzyszy nam właściwie przez cały czas. Niemcy witają również niespodzianką dla posiadaczy &#8220;zagazowanych&#8221; samochodów &#8211; inna końcówka przy dystrybutorach zmusza nas do wypożyczania, za złożeniem w depozycie odpowiedniej sumy pieniężnej lub dokumentu, pasującej przejściówki. Dystrybutor gazu znaleźć na stacjach nietrudno &#8211; to ten, przy którym stoją auta z polską rejestracją. Naprawdę. Zawsze.</p>
<p>Kilka godzin jazdy i już jesteśmy w Holandii. Kraj wiatraków i tulipanów wita&#8230; polem tulipanów. Wiatraków jeszcze nie widziałem, choć moją potrzebę podziwiania wiatraków, jeśli w ogóle kiedykolwiek taką miałem, zaspokoiłem przejeżdżając przez Niemcy. Holandia wita również ogromnymi szklarniami tuż za granicą. Ich widok skłania do refleksji nad tym, co właściwie w nich rośnie&#8230;</p>
<p>50 kilometrów dalej jesteśmy już w Eindhoven. Piąte co do wielkości miasto w Holandii, nieco ponad dwieście tysięcy mieszkańców, przemysłowe, produkcyjne, gdzieś tutaj jest stadion Philipsa, siedziba PSV. To wszystko, co wiem, przekraczając granice, bądź co bądź, mojego nowego domu.</p>
<p>Pierwsze wrażenie? Tak, oni naprawdę jeżdżą na rowerach. Wszyscy. Po drodze mijamy market, przed którym stoi gigantyczny stojak na jakieś sto rowerów. Przepełniony &#8211; w różny, nierzadko ekwilibrystyczny sposób przyczepione do niego o jakieś sto rowerów więcej. Jest niedzielny wieczór, słońce powoli zachodzi, większość mieszkańców pochowana w domach. Tylko czasem gdzieniegdzie przemyka rowerzysta, spokojnym, żółwim tempem pedałując na swojej holenderce. Tutaj murzyn, tam Turek, gdzieś indziej ktoś, kto mógłby być Holendrem, ale równie dobrze Niemcem, Francuzem albo&#8230; Polakiem.</p>
<p>Miasto w tej typowo letniej aurze, przesycone leniwą atmosferą wygląda uroczo i przytulnie. Niska zabudowa, wszędzie pełno szeregowców, domków z czerwonej cegły, co poniektóre urozmaicone elementami jakiejś nowoczesnej, ekstrawaganckiej architektury. Gdzieś na horyzoncie jawią się wysokie szczyty biurowców, drapaczy chmur czy co to tam jest. Ulice czyste, posprzątane, jest cicho, w oddali słychać fontannę.</p>
<p>Wszystko wygląda&#8230; Kurde, nie chciało mi się w to wierzyć, ale wszystko wygląda naprawdę tak, jak ludzie gadali. Pierwsze wrażenie robi znakomite i aż chce się tutaj zostać.</p>
<p>I to też zamierzam uczynić.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://blog.soofka.pl/index.php/2011/08/23/wit-1-pierwsze-wrazenie/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>T30DSC: Day 05</title>
		<link>http://blog.soofka.pl/index.php/2011/06/09/t30dsc-day-05/</link>
		<comments>http://blog.soofka.pl/index.php/2011/06/09/t30dsc-day-05/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 09 Jun 2011 22:15:35 +0000</pubDate>
		<dc:creator>soofka</dc:creator>
				<category><![CDATA[The 30-Day Song Challenge]]></category>
		<category><![CDATA[back and forth]]></category>
		<category><![CDATA[eye for an eye]]></category>
		<category><![CDATA[unkle]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://blog.soofka.pl/?p=158</guid>
		<description><![CDATA[Ostatnio ktoś mi zarzucił, że wydźwięk moich najnowszych wpisów jest niesłychanie pesymistyczny i to, co ostatnimi czasy tutaj publikuję wygląda tak, jakbym przeżywał jakieś wielkie smutki i cierpienia w swoim życiu prywatnym i próbował dać im wyraz na blogu. Oczywiście nie zgodziłem się, w życiu prywatnym widzie mi się wybornie, a ponieważ lubię się chwalić [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Ostatnio ktoś mi zarzucił, że wydźwięk moich najnowszych wpisów jest niesłychanie pesymistyczny i to, co ostatnimi czasy tutaj publikuję wygląda tak, jakbym przeżywał jakieś wielkie smutki i cierpienia w swoim życiu prywatnym i próbował dać im wyraz na blogu. Oczywiście nie zgodziłem się, w życiu prywatnym widzie mi się wybornie, a ponieważ lubię się chwalić i jestem trochę taki zarozumialec, postanowiłem wrzucić tutaj wreszcie coś weselszego niż <a href="/index.php/2011/06/06/mandarynkowo/">&#8220;Tangerine&#8221;</a> czy <a href="/index.php/2011/06/01/t30dsc-day-04/">&#8220;Gabriel&#8221;</a>.</p>
<p>Niestety, znów mi się nie udało.</p>
<p><strong>Day 05 – A song that reminds you of someone</strong></p>
<p>Ogólnie rzecz biorąc ze wspomnieniami jest tak, przynajmniej w moim przypadku, że jakoś głębiej w pamięć zapadają te smutne. Nie wiem skąd się to bierze, z racjonalnego punktu widzenia jest to zupełnie irracjonalne, ale takie są fakty. I to wcale nie dlatego, że los mnie krzywdzi na każdym kroku, wręcz przeciwnie &#8211; uważam, że mam całkiem zajebiste życie. A mimo tego całkiem dobrze pamiętam wszystkie gorsze chwile.</p>
<p><i>On the other hand</i>, to wcale nie musi być takie głupie &#8211; przecież człowiek czasem musi się przewrócić, żeby się nauczyć (cytat z jakiegoś polskiego filmu z czasów PRL-u, może ktoś mi przypomni co to za klasyk?). Skoro z potknięć wyciągamy nauki, które powinniśmy pamiętać&#8230; dlaczego ich nie pamiętać? Tak na chłopski, prostacki rozum (taki jak mój na przykład), to ma sens.</p>
<p>Ktoś inny by powiedział, że życie jest złożone w większej części jednak z tych złych przeżyć, więc nie dziwota, że to one w znacznej mierze wypełniają naszą pamięć. Ja bym tak nie powiedział, więc tak nie mówię.  (Innymi słowy &#8211; można ten akapit wykreślić).</p>
<p>Dziś stanąłem przed nie lada wyzwaniem &#8211; znaleźć piosenkę, która z kimś mi się kojarzy. Jakże proste by to było, gdybym sięgnął pamięcią tydzień wstecz i przypomniał sobie utwór, którego słuchałem jadąc autem z kumplem, spędzając miłe chwile z moją kobietą albo śmiejąc się z przyjaciółmi. Tak naprawdę mamy setki takich utworów, które przez jakiś krótszy okres przypominają nam pewne wydarzenia i pewne osoby, aby potem popaść w zapomnienie.</p>
<p>Wobec powyższej refleksji, postanowiłem sięgnąć pamięcią głębiej (<a href="http://s-ak.buzzfed.com/static/imagebuzz/web03/2010/8/9/15/we-need-to-go-deeper-25325-1281381389-18.jpg" target="_blank">&#8220;we need to go deeper&#8221;</a> &#8211; cytat z &#8220;Incepcji&#8221; robi ostatnio karierę w internecie ;)) i wybrać kawałek, który trwale z kimś związałem i z kimś mi się kojarzy już całkiem sporo czasu. Właściwie dwa kawałki &#8211; intro oraz pierwszy utwór grupy UNKLE z płyty &#8220;Never, Never, Land&#8221; &#8211; które razem tworzą, moim skromnym zdaniem, jakąś spójną całość. I razem, jako całość, przywołują wspomnienia.</p>
<p>Niestety, znów powieje żałobą.</p>
<p><strong>UNKLE &#8211; Back And Forth</strong></p>
<p style="text-align:center;"><iframe width="480" height="390" src="http://www.youtube.com/embed/TDVYJQPwHw0" frameborder="0" allowfullscreen></iframe></p>
<p><strong>UNKLE &#8211; Eye For An Eye</strong></p>
<p style="text-align:center;"><iframe width="480" height="390" src="http://www.youtube.com/embed/5PPtEHWDca8" frameborder="0" allowfullscreen></iframe></p>
<p>Dodam jeszcze ciekawostkę merytoryczną: fragment tekstu, który słyszymy na otwarcie drugiego z wrzuconych przeze mnie kawałków (&#8221;Eye For An Eye&#8221;), &#8220;Even now in heaven there are angels carrying savage weapons&#8221;, to autentyczny cytat biblijny z &#8220;Biblii Króla Jakuba&#8221; &#8211; anglikańskiego tłumaczenia Biblii, zamówionego na potrzeby tego kościoła przez Króla Jakuba na początku XVII wieku. Pochodzi, jeśli mnie pamięć nie myli, z ewangelii wg. świętego Pawła i jest bodaj jednym z najbardziej kontrowersyjnych, dyskusyjnych cytatów biblijnych, jakie dotrwały do naszych czasów w różnych jej przekładach. Zainteresowanych odsyłam po więcej informacji do google&#8217;a albo okolicznych bibliotek.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://blog.soofka.pl/index.php/2011/06/09/t30dsc-day-05/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Nic się nie dzieje</title>
		<link>http://blog.soofka.pl/index.php/2011/06/06/mandarynkowo/</link>
		<comments>http://blog.soofka.pl/index.php/2011/06/06/mandarynkowo/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 06 Jun 2011 21:41:00 +0000</pubDate>
		<dc:creator>soofka</dc:creator>
				<category><![CDATA[Dniówki]]></category>
		<category><![CDATA[Led Zeppelin]]></category>
		<category><![CDATA[rock]]></category>
		<category><![CDATA[Tangerine]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://blog.soofka.pl/?p=153</guid>
		<description><![CDATA[Mówi się, że kiedy przychodzi czas na naukę, nawet najbardziej debilne zajęcia, jak sprzątania, okazują się nagle arcypociągające. Moim zdaniem to nieprawda. Po co mam sprzątać zamiast się uczyć? Głupie, prawda? Przecież mogę trwonić czas przed komputerem, leżeć albo spać zamiast się uczyć. Sprzątanie, pranie czy nawet malowanie ścian nigdy nie wydawało mi się pociągające, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Mówi się, że kiedy przychodzi czas na naukę, nawet najbardziej debilne zajęcia, jak sprzątania, okazują się nagle arcypociągające. Moim zdaniem to nieprawda. Po co mam sprzątać zamiast się uczyć? Głupie, prawda? Przecież mogę trwonić czas przed komputerem, leżeć albo spać zamiast się uczyć. Sprzątanie, pranie czy nawet malowanie ścian nigdy nie wydawało mi się pociągające, również w obliczu nauki.</p>
<p>Dzisiaj towarzyszy mi taki właśnie stan ducha, tyle, że spotęgowany. Nie dość, że nic mi się nie chce robić, to jeszcze nie mam ku temu żadnego powodu &#8211; nawet groźne widmo edukacji albo pracy nade mną nie wisi żadne, choć może powinno. Jedyny ratunek odnajduję w kawie, która powinna dać mi siłę do podjęcia jakiś działań, a ponieważ jest prawie północ i przecież nie wyjdę pobiegać, to może wezmę się za coś pożytecznego&#8230;</p>
<p>Tak sobie ubzdurałem. Może się uda?</p>
<p>A ponieważ jest to blog muzyczny, to jeszcze wrzucę tutaj kawałek na dziś i dorobię do tego jakąś teorię, udając, że wstęp miał z nim jakiś związek i wszystko jest ładną, klarowną, spiętą kompozycją&#8230;</p>
<p>Dziś przypomniałem sobie o dinozaurach rocka, jakimi są Jimmy Page i Robert Plant. Dodajcie do nich Johna Bonhama i tego czwartego, o którym nikt nigdy nie pamięta, a otrzymacie kapelę, która wywarła być może największy wpływ na muzykę lat 70-tych XX wieku.</p>
<p>Ciekawe zawsze dla mnie było to, że choć Led Zeppelin grało głównie ostrego, klasycznego rocka, to najbardziej zapadły nam w pamięć te ich utwory, w których czerpią z bluesa lub zapuszczają się na mętne wody muzyki progresywnej. Najlepiej pamiętamy ich smętne ballady, jak grane do znudzenia &#8220;Stairway to Heaven&#8221;, a przecież ich domeną był żywioł, wirtuozerskie riffy Page&#8217;a i cudowny, drapieżny wokal Planta.</p>
<p>A jednak również mi bliższe są te spokojniejsze kawałki Zeppelinów, jak mój dzisiejszy utwór dnia &#8211; Tangerine. Dobry, smutny utwór z dobrym, smutnym tekstem i wspaniałym gitarowym solo pasuje jak ulał do dobrego, smutnego dnia, kiedy niby wszystko jest w najlepszym porządku, a jednak gdy się położysz do tego łóżka i dzień podsumujesz, to wiesz, że naprawdę nie ma się czym chwalić.</p>
<p><strong>Led Zeppelin &#8211; Tangerine</strong></p>
<p style="text-align:center;"><iframe width="480" height="390" src="http://www.youtube.com/embed/e4-WzbsYHTE" frameborder="0" allowfullscreen></iframe></p>
<p>PS Mądrze wybrnąłem, co? Całkiem mądrze.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://blog.soofka.pl/index.php/2011/06/06/mandarynkowo/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>T30DSC: Day 04</title>
		<link>http://blog.soofka.pl/index.php/2011/06/01/t30dsc-day-04/</link>
		<comments>http://blog.soofka.pl/index.php/2011/06/01/t30dsc-day-04/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 01 Jun 2011 09:14:39 +0000</pubDate>
		<dc:creator>soofka</dc:creator>
				<category><![CDATA[Blog]]></category>
		<category><![CDATA[gabriel]]></category>
		<category><![CDATA[górecki]]></category>
		<category><![CDATA[lamb]]></category>
		<category><![CDATA[The 30-Day Song Challenge]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://blog.soofka.pl/?p=151</guid>
		<description><![CDATA[Dzisiaj będzie prędziutko, bo czas nagli &#8211; choć dzień jeszcze młody, to planów dużo i nawet nie ma takiej możliwości, żeby ich nie zrealizować. No, choćby w połowie.
Day 04 – A song that makes you sad
Znów napotykam tę samą zagwozdkę, co wczoraj &#8211; nie ma piosenek, które wpędzą mnie w grobowy nastrój, kiedy mam dobry [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Dzisiaj będzie prędziutko, bo czas nagli &#8211; choć dzień jeszcze młody, to planów dużo i nawet nie ma takiej możliwości, żeby ich nie zrealizować. No, choćby w połowie.</p>
<p><b>Day 04 – A song that makes you sad</b></p>
<p>Znów napotykam tę samą zagwozdkę, co <a href="index.php/2011/05/31/t30dsc-day-03/">wczoraj</a> &#8211; nie ma piosenek, które wpędzą mnie w grobowy nastrój, kiedy mam dobry dzień. Są za to takie, których słucham w te gorsze, deszczowe dni i jeden z takich kawałków wam tutaj wrzucę. Przy okazji przepraszam, że w takie miłe, słoneczne, letnie już niemalże przedpołudnie raczę was taką smutną, refleksyjną muzyką. Zobowiązuję się dodać dzisiaj coś jeszcze, co bardziej wpasuje się w klimat wakacyjny.</p>
<p>Dzisiejszy utwór w ramach 30-Day Song Challenge tak naprawdę wcale nie jest smutny. Co więcej, zdaniem wielu opowiada o miłości &#8211; tak naprawdę został stworzony, jeśli mnie pamięć nie myli, na potrzeby jakiegoś filmu, a jego tekst ma podłoże religijne &#8211; traktuje ni mniej, ni więcej, a o aniele po prostu.</p>
<p>Jednak tak to bywa z muzyką, że każdy interpretuje ją na swój sposób. Wielu słuchaczy &#8211; całkiem zresztą słusznie &#8211; widzi w tej piosence nawiązanie do miłości, opowieść o cudownym kochanku. A ja widzę w nim smutek, jakieś niespełnione nadzieje, brutalną rzeczywistość, często gęsto tak dalece różną od oczekiwań i marzeń. Jakoś tak wyszło, że źle mi się ten utwór kojarzy, więc słucham go w chwilach, gdy nachodzą mnie głębokie i smutne refleksje.</p>
<p><strong>Lamb &#8211; Gabriel</strong></p>
<p style="text-align:center;"><iframe width="480" height="390" src="http://www.youtube.com/embed/vM2cvLKjNZs" frameborder="0" allowfullscreen></iframe></p>
<p>Jako ciekawostkę dodam jeszcze, że drugi hit tego angielskiego duetu, drugi ich najbardziej znany kawałek, zatytułowany jest &#8220;Górecki&#8221;. Artyści bowiem przy jego tworzeniu czerpali z trzeciej symfonii polskiego kompozytora Henryka Góreckiego &#8211; &#8220;Symfonii pieśni żałosnych&#8221;.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://blog.soofka.pl/index.php/2011/06/01/t30dsc-day-04/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Wyluzuj</title>
		<link>http://blog.soofka.pl/index.php/2011/05/31/wyluzuj/</link>
		<comments>http://blog.soofka.pl/index.php/2011/05/31/wyluzuj/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 31 May 2011 18:05:34 +0000</pubDate>
		<dc:creator>soofka</dc:creator>
				<category><![CDATA[Dniówki]]></category>
		<category><![CDATA[ambray]]></category>
		<category><![CDATA[buddha bar]]></category>
		<category><![CDATA[chillout]]></category>
		<category><![CDATA[downtempo]]></category>
		<category><![CDATA[lounge]]></category>
		<category><![CDATA[maya]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://blog.soofka.pl/?p=147</guid>
		<description><![CDATA[O, nim się obejrzałem, przyszło lato. Patrzę na termometr (niestety, jak na informatyka przystało &#8211; do pomiaru temperatury używam google, ponieważ nie wiem czy mam w domu gdziekolwiek jakiś termometr na oknie (mógłbym tutaj dodać &#8220;nie wiem nawet, czy mam okno, bo siedzę w piwnicy przed monitorem 24/7&#8243;, no ale już bez przesady)), a tam [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>O, nim się obejrzałem, przyszło lato. Patrzę na termometr (niestety, jak na informatyka przystało &#8211; do pomiaru temperatury używam google, ponieważ nie wiem czy mam w domu gdziekolwiek jakiś termometr na oknie (mógłbym tutaj dodać &#8220;nie wiem nawet, czy mam okno, bo siedzę w piwnicy przed monitorem 24/7&#8243;, no ale już bez przesady)), a tam niemalże 30 stopni. Lubię to.</p>
<p>Przed nami najgorętszy okres w roku. I to nie tylko ze względów czysto atmosferycznych, ale również w naszych głowach robi się gorąco. Studenci już obgryzają paznokcie przed sesją, maturzyści w samym środku walki z maturalną hydrą (a może już po, wie ktoś?), młodzi panowie zasuwają na siłownię coby trochę biceps zrobić przed latem, młode panie zasuwają na fitnessy coby trochę boczki zgubić zanim się na plaży pokażą&#8230; Tak patrzę przez to okno (tak, jednak mam okno, przepraszam urocze stereotypy na temat komputerowców za nie trzymanie się wyznaczonej stylizacji) i wydaje mi się, że wszyscy poczuli ten upał i aż gotują się w środku do pracy.</p>
<p>Zazdroszczę, bo mi jakoś lenistwo zwalczyć niełatwo, nieważne, czy lato, czy zima. Właściwie dochodzę do wniosku, że ta wysoka temperatura mnie jeszcze bardziej rozleniwia, aż się palcem kiwnąć nie chce, bo się można spocić&#8230;</p>
<p>Ad rem: ponieważ wszyscy coś robią, doktor soofka poleca &#8211; jako środek zapobiegawczy przed ewentualnym stresem &#8211; włączyć jakąś dobrą, chilloutową muzykę w odtwarzaczu. A tak się składa, że ostatnio trafiłem na bardzo, bardzo dobrą składankę cudownie uspokajających nut.</p>
<p style="text-align:center;"><img src="http://merlin.pl/Buddha-Bar-XII_WAGRAM,images_big,18,3214532-2.jpg"></p>
<p>Buddha Bar to zbiór utworów stosunkowo słabo znanych artystów, grających głównie chillout i lounge, tworzony i rozpowszechniany przez studio George V Records (które właściwie studiem muzycznym nie jest, a restauracją bodajże &#8211; zawiła i dość interesująca sprawa, której nie zbadałem do końca, ale obiecuję, że wezmę to pod lupę i napiszę coś na ten temat). Dotychczas wydali trzynaście płytek pod tym szyldem plus trzy jakieś bonusowe. Generalnie rzecz ujmując dopiero liznąłem ten temat, mam wrażenie, że badam czubek małej górki lodowej, więc już zacieram ręce i nie mogę doczekać się tego, co będzie dalej.</p>
<p>Utwór na dziś pochodzi z dwunastej płyty z serii Buddha Bar. Grany jest przez angielski duet z Leicester, w skład którego wchodzą Aaron Taylor i Steven Anderton. Im również nie przyjrzałem się jeszcze dokładniej, ale już wiem, że chcę &#8211; poniższy kawałek po prostu do mnie przemawia.</p>
<p>To by było na tyle, jeśli chodzi o moje słów kilka, po przebrnięciu przez ścianę tekstu można wreszcie rozkoszować się muzyką. A zainteresowanym tematem składanek Buddha Bar i kapeli Ambray powiem, że zamierzam zbadać ten temat bardzo wnikliwie. Jestem jak mały Indiana Jones, który właśnie trafił na trop Arki Przymierza.</p>
<p><strong>Ambray &#8211; Maya</strong></p>
<p style="text-align:center;"><iframe width="480" height="390" src="http://www.youtube.com/embed/wznkD5ihR1Y" frameborder="0" allowfullscreen></iframe></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://blog.soofka.pl/index.php/2011/05/31/wyluzuj/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>T30DSC: Day 03</title>
		<link>http://blog.soofka.pl/index.php/2011/05/31/t30dsc-day-03/</link>
		<comments>http://blog.soofka.pl/index.php/2011/05/31/t30dsc-day-03/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 31 May 2011 17:38:37 +0000</pubDate>
		<dc:creator>soofka</dc:creator>
				<category><![CDATA[The 30-Day Song Challenge]]></category>
		<category><![CDATA[happy end]]></category>
		<category><![CDATA[parov]]></category>
		<category><![CDATA[parov stelar]]></category>
		<category><![CDATA[stelar]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://blog.soofka.pl/?p=141</guid>
		<description><![CDATA[Mojego The 30-Day Song Challenge ciąg dalszy. I proszę, niech mi nikt nie wypomina, że mój 30-dniowy song challenge przerodził się w nie-wiadomo-ile-to-potrwa song challenge. Przecież ja wszystko muszę robić na odwrót, ta dwumiesięczna niemalże przerwa była zamierzona. Niech nikt w to nie wątpi.
Day 03 – A song that makes you happy
To tyle tytułem wstępu. [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Mojego The 30-Day Song Challenge ciąg dalszy. I proszę, niech mi nikt nie wypomina, że mój 30-dniowy song challenge przerodził się w nie-wiadomo-ile-to-potrwa song challenge. Przecież ja wszystko muszę robić na odwrót, ta dwumiesięczna niemalże przerwa była zamierzona. Niech nikt w to nie wątpi.</p>
<p><b>Day 03 – A song that makes you happy</b></p>
<p>To tyle tytułem wstępu. Przejdźmy do meritum tego wpisu, wyzwania na dziś &#8211; piosenki, która mnie uszczęśliwia. I tu znów pojawia się zagwozdka natury filozoficznej dla mnie. Co to znaczy &#8220;uszczęśliwia&#8221;? Kiedy jestem wesoły, słucham wesołej muzyki, ale mój dobry humor wówczas nie jest wywołany przez kawałek, którego słucham. Wesoła muzyka jest tylko tłem, dodatkiem do dobrego, słonecznego nastroju. Kiedy zaś jestem smutny, jakoś lubię się tym swoim smutkiem i melancholią rozkoszować, wrzucając na ruszt jakieś ballady, smęty. Zresztą, chyba wszyscy tak mamy.</p>
<p>No, ale z drugiej strony patrząc, chyba tylko ja tak mam, że nad wszystkim muszę przeżyć jakąś głębszą refleksję, rozłożyć to na części pierwsze, poskładać z powrotem w całość i dojść do oczywistych wniosków zupełnie okrężną drogą.</p>
<p>Ot, takie małe wtrącenie.</p>
<p>Wobec powyższego (i tu mam na myśli trzy akapity wyżej &#8211; znów mi gdzieś wątek główny ucieka!), tak naprawdę nie wiem jaki kawałek mnie rozwesela, &#8220;uszczęśliwia&#8221;, właściwie nigdy nie próbowałem się uszczęśliwić poprzez jakąś piosenkę. Wrzucę więc utwór, który po prostu mi się dobrze kojarzy, ma &#8220;happy&#8221; w nazwie i jest przesłodki. Kiedy go słucham, widzę siebie obserwującego zachodzące słońce w towarzystwie kogoś mi bliskiego, kto razem ze mną stawiał czoła niesprzyjającym okolicznościom i przezwyciężał je tak, że &#8211; skoro razem na ten zachód patrzymy &#8211; wszystko dobrze się skończyło.</p>
<p>Rozmarzyłem się&#8230; ;)</p>
<p><strong>Parov Stelar &#8211; Happy End</strong></p>
<p style="text-align:center;"><iframe width="480" height="390" src="http://www.youtube.com/embed/Hs_CKqEVYsQ" frameborder="0" allowfullscreen></iframe></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://blog.soofka.pl/index.php/2011/05/31/t30dsc-day-03/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>T30DSC: Day 02</title>
		<link>http://blog.soofka.pl/index.php/2011/04/08/t30dsc-day-02/</link>
		<comments>http://blog.soofka.pl/index.php/2011/04/08/t30dsc-day-02/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 08 Apr 2011 00:10:32 +0000</pubDate>
		<dc:creator>soofka</dc:creator>
				<category><![CDATA[The 30-Day Song Challenge]]></category>
		<category><![CDATA[friday]]></category>
		<category><![CDATA[lyrics]]></category>
		<category><![CDATA[rebecca black]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://blog.soofka.pl/?p=137</guid>
		<description><![CDATA[Wiem, że małe spóźnienie, ale to się chyba nie liczy, co? Tylko dwie godzinki, come on.
Day 02 – Your least favorite song
Dzisiaj dzień drugi mojego The 30-Day Song Challenge: moja najmniej ulubiona piosenka. Pytanie trudne, bo skąd mam wiedzieć, która piosenka jest moją najmniej ulubioną &#8211; jak któraś mi się nie podoba, to jej nie [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Wiem, że małe spóźnienie, ale to się chyba nie liczy, co? Tylko dwie godzinki, come on.</p>
<p><b>Day 02 – Your least favorite song</b></p>
<p>Dzisiaj dzień drugi mojego The 30-Day Song Challenge: moja najmniej ulubiona piosenka. Pytanie trudne, bo skąd mam wiedzieć, która piosenka jest moją najmniej ulubioną &#8211; jak któraś mi się nie podoba, to jej nie słucham i już o niej nie pamiętam. Skąd mam więc wiedzieć co lubię najmniej.</p>
<p>Z drugiej strony pytanie tak samo głupie, jak ulubiona piosenka &#8211; ciężko się stopniuje sympatię, niełatwo jest ocenić co się lubi bardziej, a co mniej, zwłaszcza gdy coś lubi się po prostu tak samo.</p>
<p>Jeszcze wczoraj miałbym z tym problem, ale dziś w ciągu dnia wpadł mi do głowy pomysł znakomity. W końcu od niedawna wręcz memem internetowym stał się kawałek 13-letniej, wybitnie uzdolnionej, młodej, amerykańskiej wokalistki &#8211; Rebecci Black &#8211; zatytułowany &#8220;Friday&#8221;.</p>
<p>Tak naprawdę nie jest to moja najmniej ulubiona piosenka. Dostarczyła mi tyle funu, że zobrazować to mogę tylko poprzez adekwatny obrazek.</p>
<p style="text-align:center"><img src="http://userserve-ak.last.fm/serve/126b/62102195.jpg"></p>
<p>Nie będę się tutaj znęcał nad Rebeccą, ani nad panem, który raczy nas swoim rapem w mostku tego kawałka. Napiszę tylko, że tekst napisał ktoś wybitnie uzdolniony. Niezbadane są okoliczności, w jakich ten poemat powstał, ale wiem jedno &#8211; stworzył go ktoś, kto niedawno stwierdził istnienie kalendarza i jego idea wciąż jest dla niego genialna, odkrywcza i fascynująca.</p>
<p style="padding-left: 20px;"><em>Today is Friday,<br />
(&#8230;)<br />
Tomorrow is Saturday<br />
And Sunday comes afterwards</em></p>
<p><strong>Rebecca Black &#8211; Friday</strong></p>
<p style="text-align:center"><iframe title="YouTube video player" width="480" height="390" src="http://www.youtube.com/embed/CD2LRROpph0" frameborder="0" allowfullscreen></iframe></p>
<p>Przepraszam, że taki syf się pojawia na moim wysublimowanym blogu. Wiem, że to nawet nie jest śmieszne.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://blog.soofka.pl/index.php/2011/04/08/t30dsc-day-02/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

